Las Łagiewnicki: nie tylko spacer

Wystarczyła jedna myśl, bym zdecydowała się na poranny spacer po Lesie Łagiewnickim w Łodzi. Ta myśl, to uświadomienie sobie, że marzę o podróżach do odległych krajów, prawie na koniec świata, a nie znam wystarczająco dobrze miasta, z którego chcę w ten świat wyjść. Miasta, w którym mieszkam i które jest moim początkiem. Więc co temu światu zaniosę?

Spacer był rzeczywiście bardzo poranny. Wstałam tuż po piątej, by komunikacją miejską dotrzeć na szóstą do wybranego miejsca na skraju Lasu Łagiewnickiego i zanurzyć się w nim na kilka godzin.

Ze sobą wzięłam niewielki plecak, w nim butelkę z wodą, termos z kawą (uwielbiam kawę), coś zdrowego do przegryzienia, mapę, zeszyt, pióro i aparat fotograficzny, by słowem i obrazem zapisywać wrażenia.

Bo łagiewnicki las jest czymś więcej niż tylko lasem, a też ten mój spacer miał być czymś więcej niż tylko zwykłym przejściem się po leśnych alejkach.

Czytaj dalej Las Łagiewnicki: nie tylko spacer

Od polityki do spokoju, czyli refleksje na progu jesieni

Kampania wyborcza trwa w najlepsze, a ja od kilku miesięcy – poza drobnymi wyjątkami – mam odpoczynek od komentowania w mediach społecznościowych polityki.

Początkowo był on wymuszony okolicznościami życia – własne problemy, bliskie duszy i ciału, zmieniają perspektywę.

Człowiek sam dla siebie staje się centrum uwagi, bo musi dać radę unieść kolejny dzień, by pomóc bliskim, którzy tego właśnie potrzebują.

A wówczas swary i polityczne kłótnie – wylewające się szerokim strumieniem z mediów i Internetu oraz, używając współczesnego języka opisu dyskursu, hejt – nawet gdy dotyczą spraw ważnych, stają się jednak odległe, wręcz obce i niewarte uwagi.

Gdy taki stan oderwania od tego, co zewnętrzne i polityczne (a może wówczas, gdy się jest na to gotowym, choćby nie zdając sobie z tego sprawy?) trwa wystarczająco długo, dochodzi do przewartościowania.

Tak stało się też ze mną.

Czytaj dalej Od polityki do spokoju, czyli refleksje na progu jesieni

Z krwi i ziemi kamień pamięci winien być utoczony

1 sierpnia 1944 roku – nad Warszawą zawisło stężałe od gorącego dnia pełni lata powietrze. Ale dawało się wyczuć coś jeszcze, jakiś niepokój – inny niż w „zwykłe” dni okupacji, jakieś napięcie, ten szczególny rodzaj wyczekiwania na wydarzenie, o którym się powszechnie nie mówi, ale które wywołuje lęk i nadzieję jednocześnie. I które musi nadejść. I nadeszło.

O godzinie 17.00 wybucha w Warszawie powstanie: tragiczne i bohaterskie zarazem, będące zrywem ducha i klęską materii. W sowieckiej Polsce przez lata spychane w zapomnienie i domagające się od Polski Odrodzonej należnego mu w pamięci kolejnych pokoleń miejsca.

Dla powstańców było ono zarówno początkiem, jak i końcem życia: dzieci stały się dorosłe, młodzież dojrzała, dziewczęta i chłopcy – wiele, zbyt wiele z nich zginęło, ale dla tych, co przeżyli, już nic nie było takie same jak wcześniej.

Nie da się zapomnieć obrazów grozy tamtych dni. A przed oczyma wciąż pojawiają się twarze powstańców.

O ich bohaterstwie chce pamiętać łodzianka – emerytowana profesor Maria Gołębiowska, zasłużona lekarka, pediatra, jak mówi o sobie – udzielający pomocy świadek powstania warszawskiego. Chce też, aby pamiętali o nich łodzianie.

Czytaj dalej Z krwi i ziemi kamień pamięci winien być utoczony

Podróżowanie zaczyna się od wnętrza

Podróżować każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej, więc podróżowanie zaczynam i ja. Dotychczas podróżowałam niewiele, choć w tym przypadku pojęcie niewiele, to rzecz względna.

Ot,  kilka razy byłam we Włoszech, w Anglii, Niemczech, na Ukrainie, na Litwie, w Bułgarii, nad polskim morzem, w polskich górach i kilku innych miejscach, ale wszystko w obszarze europejskim.

Żadnych podróży egzotycznych, a przyznam, że marzy mi się wielka wyprawa do Afryki i – dla kontrastu – w głąb Rosji, najlepiej koleją transsyberyjską, aż po sam Ural.

Czytaj dalej Podróżowanie zaczyna się od wnętrza

Godzinki, bieg i radość o poranku

Przybądź nam miłościwa Pani ku pomocy… – zabrzmiały mi w uszach Godzinki, gdy ruszyłam truchtem ku wschodzącemu słońcu, na twarzy poczułam jasność i ciepło, a w sercu radość.

I pomyślałam: Boże, dziękuję Ci, że chodzę, biegam, widzę, słyszę, czuję, doświadczam smutków i radości, dziękuję, że żyję. Tak po prostu.

W ten oto sposób przywitałam dzisiejszy dzień, choć to poniedziałek, a poniedziałków się nie cierpi, mój poranek był piękny.

Wstałam o szóstej i poszłam biegać, czego o tej porze i na swoim osiedlu nie robiłam jeszcze nigdy.

Czytaj dalej Godzinki, bieg i radość o poranku