Wszystko ma swój czas, teraz czas na jesień

Wszystko ma swój czas i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem – powiedział Kohelet. I pięknie tę myśl rozwinął w swojej Księdze (Koh 3, 1-17). Nic do niej dodać i nic ująć z niej nie potrafię. A jednak…

A jednak pora taka jesienna – a ta każdego roku to mój czas ulubiony, który zawsze zbyt szybko przemija i którego wciąż czuję niedosyt – więc dziś wypowiem się o tym czasie tylko poezją.

I szkoda, że życie jest czasem tak dalekie od niej. A może człowiek nie ma odwagi, by bliższe jej było?

Poniżej zamieszczam dwa wiersze: “Wieczorne pisanie” i “Przygotowanie“, oba z mojego tomiku pt. “Przemiany“.

Czytaj dalej Wszystko ma swój czas, teraz czas na jesień

Tak uśmiechają się anioły

Dzień zaczął się nerwowo. Po zarwanej nad książką nocy zaspałam i spóźniłam się do pracy. W poradni przed gabinetem siedzieli zapisani na ten dzień pacjenci, z napięciem mnie wyczekując.

Każdy chciał wejść jak najszybciej, każdemu się spieszyło, aż powietrze zgęstniało od zniecierpliwienia.

– Bardzo państwa przepraszam – powiedziałam ze skruchą i rozejrzałam się po korytarzu. Trochę na uboczu stała dobrze starsza pani, drobna, nieco przygarbiona, z mocnymi liniami zmarszczek wokół ust i oczu.

Była pierwsza w kolejce i niezwykle spokojna. Jak źdźbło trwy w bezwietrzny, mglisty, jesienny poranek.

– Zaraz panią poproszę – powiedziałam i weszłam do gabinetu. Szybciutko założyłam mundurek, wyjęłam z torby pieczątkę i stetoskop, włączyłam komputer. Po chwili poprosiłam starszą panią do środka.

Czytaj dalej Tak uśmiechają się anioły

Nie pytaj, kiedy bije dzwon. Bo bije on w weekend

Cieszysz się, że już piąteczek? Że sobótka, że po prostu weekend? Błąd! Możesz nie doczekać poniedziałku.

Już od poniedziałku wszyscy marzą, by jak najszybciej nadszedł piątek, a potem sobota. Szczególnie ci, którzy w weekendy mają wolne i nie muszą gnać do pracy.

Ach, piąteczek, ach sobótka – na samą myśl czujemy miód w ustach, oczywiście pitny. A co, jeśli ten weekend, na który zwykle tak czekamy, będzie naszym ostatnim?

Brzmi okrutnie. Czujemy się, jakbyśmy dostali obuchem w łeb, aż nam się zakręciło w głowie. Odganiamy tę myśl – a kysz a kysz. I uspokajamy siebie – przecież w weekend sobie odpocznę, zażyję ruchu na bardziej lub mniej świeżym powietrzu, może nawet wyjadę w góry i wejdę wreszcie na ten szczyt, mimo że ledwo włażę na drugie piętro, ale co mi tam – myślimy – pokażę, co potrafię.

No dobrze, myślimy, w góry się jednak nie wybiorę, ale na osiedlowy basen na pewno i co najmniej pięćdziesiąt długości zaliczę. A wieczorem odstresuję się przy lampce albo dwóch wina – najlepiej tego zdrowszego, czerwonego.

Bo cóż mi może grozić – zadajemy sobie retoryczne pytanie – w weekend gorszego niż w każdy inny dzień tygodnia, gdy tak gnam od rana do wieczora i haruję na te góry, wino i basen i kilka pomniejszych potrzeb?

Czytaj dalej Nie pytaj, kiedy bije dzwon. Bo bije on w weekend

Jak to się zaczęło, czyli opowiadanie w cieniu leszczyny

Swój pierwszy prozatorski tekst literacki – opowiadanie – napisałam, mając 12 lat. Było to podczas kolejnych, beztroskich wakacji, które – jak zwykle – spędzałam u dziadków na wsi i które z rozrzewnieniem wspominam do dziś. A zaczęło się od drobnego, ale jakże “owocnego” wypadku. 

Był sierpień, słoneczne, ale nie upalne lato, w planach bieganie boso po polach i łąkach i taplanie się w wodzie, z przerwą na tzw. przewiązanie krów (czy wiecie, co to znaczy? :-)).

Pewnego dnia ten dziecięcy porządek rzeczy zaburzył mi wypadek, w sumie dość drobny, to jednak w pewnym sensie okazał się być brzemienny w skutki, choć wcale nie zdrowotne.

Czytaj dalej Jak to się zaczęło, czyli opowiadanie w cieniu leszczyny

Jaki jest Twój brzeg?

Nie pamiętam, kiedy potknęłam się o dywan po raz pierwszy. Niby nic, po prostu chodząc pomiędzy biurkiem i kanapą, zahaczałam kilka razy w ciągu dnia o jego brzeg klapkiem. Przez dłuższy czas nie zwracałam na to uwagi, ot, zwykłe potknięcia jakich wiele, trochę wytracające z rytmu i irytujące, ale nic nadzwyczajnego.

Aż pewnego dnia zauważałam, że dywan w tym miejscu już nie przylega ściśle do podłogi – jego brzeg wyraźnie odstaje, stając się przeszkodą na mej codziennej drodze.

Mimo pośpiesznych prób ugładzenia go, wciąż się podnosił, pomyślałam więc, wystarczy pamiętać, by wyżej unieść nogę, aby uniknąć kolejnego potknięcia.

A jednak wciąż się potykałam, aż pewnego dnia tak bardzo, że o mało nie upadłam na podłogę. Zezłościłam się i aż krzyknęłam sama do siebie – co jest?

Czytaj dalej Jaki jest Twój brzeg?