Nie pytaj, kiedy bije dzwon. Bo bije on w weekend

Cieszysz się, że już piąteczek? Że sobótka, że po prostu weekend? Błąd! Możesz nie doczekać poniedziałku.

Już od poniedziałku wszyscy marzą, by jak najszybciej nadszedł piątek, a potem sobota. Szczególnie ci, którzy w weekendy mają wolne i nie muszą gnać do pracy.

Ach, piąteczek, ach sobótka – na samą myśl czujemy miód w ustach, oczywiście pitny. A co, jeśli ten weekend, na który zwykle tak czekamy, będzie naszym ostatnim?

Brzmi okrutnie. Czujemy się, jakbyśmy dostali obuchem w łeb, aż nam się zakręciło w głowie. Odganiamy tę myśl – a kysz a kysz. I uspokajamy siebie – przecież w weekend sobie odpocznę, zażyję ruchu na bardziej lub mniej świeżym powietrzu, może nawet wyjadę w góry i wejdę wreszcie na ten szczyt, mimo że ledwo włażę na drugie piętro, ale co mi tam – myślimy – pokażę, co potrafię.

No dobrze, myślimy, w góry się jednak nie wybiorę, ale na osiedlowy basen na pewno i co najmniej pięćdziesiąt długości zaliczę. A wieczorem odstresuję się przy lampce albo dwóch wina – najlepiej tego zdrowszego, czerwonego.

Bo cóż mi może grozić – zadajemy sobie retoryczne pytanie – w weekend gorszego niż w każdy inny dzień tygodnia, gdy tak gnam od rana do wieczora i haruję na te góry, wino i basen i kilka pomniejszych potrzeb?

Czytaj dalej Nie pytaj, kiedy bije dzwon. Bo bije on w weekend

Powyborcze refleksje, czyli strzeżmy się fałszywej miłości

Kolejne wybory za nami, ale nie o polityce chcę pisać, ale o fałszywym nawróceniu i fałszywej miłości.

Fałszywym nawróceniu i takowej miłości tych, którzy jeszcze do niedawna, dosłownie godziny przed ciszą wyborczą z taką ochotą, werwą, zapamiętaniem i nienawiścią szydzili ze zwykłych Polaków, z wiary, z Kościoła, z Boga. Czego dobitnym przykładem jest Trójmiejski Marsz Równości w Gdańsku, jaki odbył się 25 maja, podczas którego malunek waginy na transparencie symbolizował Najświętszy Sakrament, a odegrana przez uczestników marszu scenka była obrazoburczym naśmiewaniem się z procesji Bożego Ciała i katolików.

Ale nie tylko o tym myślę.

Czytaj dalej Powyborcze refleksje, czyli strzeżmy się fałszywej miłości

Kontroli nie ma, promienie harcują. PEM pod lupą NIK

Organy Inspekcji Ochrony Środowiska (IOŚ) oraz Państwowej Inspekcji Sanitarnej (PIS) nie są przygotowane ani organizacyjnie, ani technicznie do kontroli pola elektromagnetycznego (PEM).

A to dlatego, że ich kompetencje nakładają się, a przepisy nie określają jednoznacznie roli, jaką mają odgrywać w systemie ochrony przed PEM od urządzeń telefonii komórkowej. W kilku przypadkach inspektoraty OŚ oraz wojewódzkie sanepidy nie miały nawet potwierdzonych kompetencji do wykonywania pomiarów PEM.

Taka jest najważniejsza konkluzja z raportu Najwyższej Izba Kontroli, jaki ukazał się 7 maja br.

Dla pokazania, że jest to niezwykle ważny raport (który – moim zdaniem – podważa dotychczasową narrację zwolenników telefonii komórkowej, także w wydaniu 5G, o jej całkowitym bezpieczeństwie) wypunktuję kilka, czasem szokujących ustaleń z raportu NIK (źródło: informacja ze strony NIK pt. Kontroli nie ma – promienie harcują).

Czytaj dalej Kontroli nie ma, promienie harcują. PEM pod lupą NIK

Sor (ry)! Tu ratuje się życie. Czyli schody, schody…

W całej Polsce ruszyła – przygotowana przez samorząd lekarski – kampania społeczna skierowana do pacjentów pod hasłem „SOR (RY) TU RATUJE SIĘ ŻYCIE. Nie odbieraj innym szansy”, mająca na celu uświadomienie, że zgłaszanie się na SOR z niegroźną dolegliwością może odebrać szansę chorym w stanie zagrożenia życia.

Plakaty kampanii (jak poniżej), przygotowane przez izbę lekarską, trafią do wszystkich szpitali, by tam zawisnąć w izbach przyjęć, poradniach i na SOR-ach, gdzie przychodzi największa liczba pacjentów.

Lekarze chcą w ten sposób uświadomić pacjentom, że zajmując niepotrzebnie w kolejce miejsce na SOR, można odebrać komuś szansę na życie.

Czytaj dalej Sor (ry)! Tu ratuje się życie. Czyli schody, schody…

Cztery „bez-y”, czyli mentalny komunizm i my u piekła bram

Panie, nie chce się wierzyć, że po tylu latach ta komusza zaraza wciąż nas zatruwa, w dodatku na tęczowo – powiedział pan Janek do współpasażera.  W przedziale nastąpiło lekkie poruszenie. Pan spod okna po prawej wyprostował się, pan z naprzeciwka niedwuznacznie chrząknął, pani obok, ruda (bez podtekstów) wykrzywiła w grymaście niezadowolenia usta. Tylko siedzący przy drzwiach młody chłopak w rurkach w żaden sposób nie zareagował, pewnie dlatego, że miał słuchawki w uszach i słuchał muzy.

Tak, dobrze myślicie, to literacka fikcja, ale tylko w tym znaczeniu, że nie przytaczam fragmentu rzeczywiście zasłyszanej przeze ze mnie w pociągu rozmowy. A jednak nie jest to fikcja. Bo pan Janek, Ziutek czy Staszek, bądź jakikolwiek inny pan, który wypowiedziałby te słowa (i zapewne wypowiada, choć niekoniecznie w pociągu) – mówiąc wprost i po chłopsku (z racji płci powinnam napisać, że po babsku, ale miałoby to jednak inny wydźwięk, więc zostanę przy „po chłopsku”) – prawdę gada.

Czytaj dalej Cztery „bez-y”, czyli mentalny komunizm i my u piekła bram