Tak uśmiechają się anioły

Dzień zaczął się nerwowo. Po zarwanej nad książką nocy zaspałam i spóźniłam się do pracy. W poradni przed gabinetem siedzieli zapisani na ten dzień pacjenci, z napięciem mnie wyczekując.

Każdy chciał wejść jak najszybciej, każdemu się spieszyło, aż powietrze zgęstniało od zniecierpliwienia.

– Bardzo państwa przepraszam – powiedziałam ze skruchą i rozejrzałam się po korytarzu. Trochę na uboczu stała dobrze starsza pani, drobna, nieco przygarbiona, z mocnymi liniami zmarszczek wokół ust i oczu.

Była pierwsza w kolejce i niezwykle spokojna. Jak źdźbło trwy w bezwietrzny, mglisty, jesienny poranek.

– Zaraz panią poproszę – powiedziałam i weszłam do gabinetu. Szybciutko założyłam mundurek, wyjęłam z torby pieczątkę i stetoskop, włączyłam komputer. Po chwili poprosiłam starszą panią do środka.

Czytaj dalej Tak uśmiechają się anioły

Jaki jest Twój brzeg?

Nie pamiętam, kiedy potknęłam się o dywan po raz pierwszy. Niby nic, po prostu chodząc pomiędzy biurkiem i kanapą, zahaczałam kilka razy w ciągu dnia o jego brzeg klapkiem. Przez dłuższy czas nie zwracałam na to uwagi, ot, zwykłe potknięcia jakich wiele, trochę wytracające z rytmu i irytujące, ale nic nadzwyczajnego.

Aż pewnego dnia zauważałam, że dywan w tym miejscu już nie przylega ściśle do podłogi – jego brzeg wyraźnie odstaje, stając się przeszkodą na mej codziennej drodze.

Mimo pośpiesznych prób ugładzenia go, wciąż się podnosił, pomyślałam więc, wystarczy pamiętać, by wyżej unieść nogę, aby uniknąć kolejnego potknięcia.

A jednak wciąż się potykałam, aż pewnego dnia tak bardzo, że o mało nie upadłam na podłogę. Zezłościłam się i aż krzyknęłam sama do siebie – co jest?

Czytaj dalej Jaki jest Twój brzeg?

Od polityki do spokoju, czyli refleksje na progu jesieni

Kampania wyborcza trwa w najlepsze, a ja od kilku miesięcy – poza drobnymi wyjątkami – mam odpoczynek od komentowania w mediach społecznościowych polityki.

Początkowo był on wymuszony okolicznościami życia – własne problemy, bliskie duszy i ciału, zmieniają perspektywę.

Człowiek sam dla siebie staje się centrum uwagi, bo musi dać radę unieść kolejny dzień, by pomóc bliskim, którzy tego właśnie potrzebują.

A wówczas swary i polityczne kłótnie – wylewające się szerokim strumieniem z mediów i Internetu oraz, używając współczesnego języka opisu dyskursu, hejt – nawet gdy dotyczą spraw ważnych, stają się jednak odległe, wręcz obce i niewarte uwagi.

Gdy taki stan oderwania od tego, co zewnętrzne i polityczne (a może wówczas, gdy się jest na to gotowym, choćby nie zdając sobie z tego sprawy?) trwa wystarczająco długo, dochodzi do przewartościowania.

Tak stało się też ze mną.

Czytaj dalej Od polityki do spokoju, czyli refleksje na progu jesieni

Z krwi i ziemi kamień pamięci winien być utoczony

1 sierpnia 1944 roku – nad Warszawą zawisło stężałe od gorącego dnia pełni lata powietrze. Ale dawało się wyczuć coś jeszcze, jakiś niepokój – inny niż w „zwykłe” dni okupacji, jakieś napięcie, ten szczególny rodzaj wyczekiwania na wydarzenie, o którym się powszechnie nie mówi, ale które wywołuje lęk i nadzieję jednocześnie. I które musi nadejść. I nadeszło.

O godzinie 17.00 wybucha w Warszawie powstanie: tragiczne i bohaterskie zarazem, będące zrywem ducha i klęską materii. W sowieckiej Polsce przez lata spychane w zapomnienie i domagające się od Polski Odrodzonej należnego mu w pamięci kolejnych pokoleń miejsca.

Dla powstańców było ono zarówno początkiem, jak i końcem życia: dzieci stały się dorosłe, młodzież dojrzała, dziewczęta i chłopcy – wiele, zbyt wiele z nich zginęło, ale dla tych, co przeżyli, już nic nie było takie same jak wcześniej.

Nie da się zapomnieć obrazów grozy tamtych dni. A przed oczyma wciąż pojawiają się twarze powstańców.

O ich bohaterstwie chce pamiętać łodzianka – emerytowana profesor Maria Gołębiowska, zasłużona lekarka, pediatra, jak mówi o sobie – udzielający pomocy świadek powstania warszawskiego. Chce też, aby pamiętali o nich łodzianie.

Czytaj dalej Z krwi i ziemi kamień pamięci winien być utoczony

Godzinki, bieg i radość o poranku

Przybądź nam miłościwa Pani ku pomocy… – zabrzmiały mi w uszach Godzinki, gdy ruszyłam truchtem ku wschodzącemu słońcu, na twarzy poczułam jasność i ciepło, a w sercu radość.

I pomyślałam: Boże, dziękuję Ci, że chodzę, biegam, widzę, słyszę, czuję, doświadczam smutków i radości, dziękuję, że żyję. Tak po prostu.

W ten oto sposób przywitałam dzisiejszy dzień, choć to poniedziałek, a poniedziałków się nie cierpi, mój poranek był piękny.

Wstałam o szóstej i poszłam biegać, czego o tej porze i na swoim osiedlu nie robiłam jeszcze nigdy.

Czytaj dalej Godzinki, bieg i radość o poranku