Ciężar pustego łona

Ciężar pustego łona

Kobieta doświadcza dwóch żyć – tego, którym jest, i tego, które nosi w sobie. Tego cudu – tajemnicy dawania życia nie da się odwiesić na wieszaku, schować pod parasolką, zakrzyczeć czarnym poniedziałkiem.

Tego cudu można co najwyżej nie doceniać, udawać, że go nie ma. Najwyżej można próbować go wyśmiać, jako nienowoczesny sposób na samorealizację kobiety, albo sprowadzić na manowce pseudowolnościowych “prawd”, iż życie zaczyna się wtedy, kiedy nam wygodnie, a nie od poczęcia.

Można też chcieć ten cud odrzucić, wytoczyć mu wojnę i zabić już w zarodku. Można, tylko co wówczas?

* * *

Kilka lat temu uczestniczyłam w szkoleniu z terapii NEST (New Experience for Survivors of Trauma – Nowe Doświadczenie dla Osób Dotkniętych Traumą). Program szkolenia dotyczył tego, w jaki sposób przepracować traumatyczne doświadczenia związane ze stratą. W tym przypadku chodziło o stratę dziecka w wyniku poronienia lub aborcji.

Szkolenie adresowane było do osób, które same doświadczyły straty, miały w rodzinie kogoś bliskiego z takim doświadczeniem, chciały zająć się dalszym kształceniem w psychoterapii straty lub były zainteresowane tematem zawodowo.

Ja przede wszystkim zdecydowałam się na NEST z racji moich zainteresowań zawodowych. Coraz częściej bowiem spotykałam się z artykułami na temat syndromu postaborcyjnego oraz odległych skutków aborcji, nie tylko psychicznych, ale i somatycznych, co mnie, jako lekarza internistę, szczególnie ciekawiło.

Tym bardziej że jego opisy odnajdywałam w opowieściach pacjentek, a odległe skutki to choćby różne dolegliwości np. bólowe, jak bóle brzucha, głowy, a nawet całego ciała itd. W praktyce często wymagają one szczegółowej diagnostyki, postawienia rozpoznania i wdrożenia odpowiedniego leczenia, które jednak czasem bywa mało skuteczne.

Bywa też, że mimo wielu badań, nie można ustalić somatycznej przyczyny dolegliwości, gdyż, jak się okazuje, mogą być one po prostu maską depresji, której źródła leżą w nierozwiązanych konfliktach, stracie, poczuciu winy.

Ale ciekawość zawodowa nie była jedynym powodem, dla którego zdecydowałam się wziąć udział w NEST. Drugi, bardziej osobisty powód, to ten, że w mojej rodzinie dwie bliskie mi kobiety doświadczyły w życiu straty dziecka. I nie mogły się z tym pogodzić, a ja nie potrafiłam im pomóc. Miałam nadzieję, że to szkolenie pozwoli mi lepiej je zrozumieć.

Przyznaję, szkolenie NEST, które miało także charakter psychoterapeutyczny, było dla mnie dużym przeżyciem. Usłyszałam wówczas wiele trudnych historii i widziałam, jakim ciężarem dla kobiety może być doświadczenie aborcji. Dla mnie szczególnie wstrząsające były listy do nienarodzonego dziecka, które te kobiety pisały, jako element terapii.

Ale widziałam też, że zmierzenie się z prawdą o aborcji, przeżycie do końca żałoby po stracie dziecka, czyli przede wszystkim uznanie, że to było dziecko, a nie „zlepek komórek”, i wreszcie wybaczenie – przynosi im ulgę. Dobrze też się stało, że podczas tego szkolenia-terapii każdy z nas, kto tylko chciał, mógł korzystać z opieki duszpasterskiej. Bo tylko mocą ludzką nie dalibyśmy rady przez to przejść.

* * *

Ani jako kobieta, ani jako lekarz nie mogę pogodzić się z tym, że w kręgach liberalno-lewicowych aborcję uważa się za zabieg, w którym dochodzi do usunięcia przysłowiowego już, ale jakże okrutnie dehumanizującego „zlepka komórek”. Te słowa na określenie zarodka, jednego ze stadiów wewnątrzłonowego rozwoju człowieka, nigdy nie powinny paść z ust jakiejkolwiek kobiety. A jednak padły.

Nigdy też kobiety nie powinny wykrzykiwać tych wszystkich wstrząsających haseł, jakie się pojawiły na czarnych marszach, ani nieść transparentów z obrzydliwymi napisami. A jednak wykrzykiwały i niosły.

Wielokrotnie zadawałam sobie wówczas pytanie – jak to możliwe? Nie będę jednak czyniła socjologiczno-psychologicznych rozważań nad tym stanem rzeczy ani szukała wyjaśnień. Nie dziś. Dziś tylko wyrażę swój sprzeciw wobec naznaczonej śmiercią antykobiecości. I wyrażę go na swój sposób – literacko.

Ciężar pustego łona

– Zabiłam nienarodzone dziecko – krzyknęła ze sceny Kobieta. – Przez wypełnioną po brzegi salę, w której zgromadziły się na pierwszym swoim zjeździe Czarne Siostry Aborcjonistki, przetoczyły się gromkie brawa. Setki głów kiwało z radosną aprobatą, w oczach wielu pojawiły się łzy szczęścia, że oto kolejna kobieta znalazła drogę do wyzwolenia z opresji życia. Że kolejna dołączyła do nich, by stać się w pełni antykobietą.

– Zabiłam nienarodzone dziecko – powtórzyła Kobieta, tym razem wolniej, ale i dobitniej wymawiając poszczególne słowa, chcąc każdemu z nich nadać własną moc. – Zabiłam i nie wiem, dlaczego bijecie mi brawa – dodała, rozglądając się uważanie po sali.

Na chwilę zapanowała w niej cisza, ale potem między rzędami przemknął szmer zdziwienia: jak to – dlaczego? Głowy na widowni co rusz odwracały się jedna do drugiej, a twarze wyrażały niezrozumienie sytuacji i niepokój.

Kobieta kontynuowała:

– Nie zasłużyłam na brawa, a co najwyżej na litość. Zabiłam nienarodzone dziecko, które rosło we mnie z całą dziecięcą ufnością, że ja, jego matka, będę je chronić. A ja je zabiłam. Tego się nie da zapomnieć. – Kobieta zawiesiła głos i spojrzała prosto w oczy siostrom aborcjonistkom siedzącym w pierwszym rzędzie. Były zimne, milczące, sztywne.

Gdy z głębi sali ktoś nagle zawołał: “O co tutaj chodzi? Kto ją tu wpuścił?”, Kobieta podniosła rękę w geście uciszenia i mówiła dalej:

– Dziecku trzeba  dać się narodzić. Bo choćbyśmy go nie chciały, choćbyśmy je uśmierciły, ono i tak, choć martwe, żyć będzie w nas na zawsze. Żyć będzie w nachodzących nas niespokojnych snach, przeganianych z pamięci wspomnieniach „tego dnia”, w dręczących bólach bez powodu. I nie zaznamy kojącego krzyku narodzin. I wciąż dźwigać będziemy ciężar pustego łona. – Kobieta zawiesiła głos, jednak po chwili z całą mocą dodała: – Więc wy, martwe matki martwych dzieci, nie bijcie mi braw, lecz uderzcie się w piersi!

Tego było już za dużo, z sali zewsząd słychać było okrzyki: “Wynoś się! Zdrajczyni! Zgnij!” Mimo wrzawy, Kobieta na scenie stała nieporuszona, patrząc na wykrzywione od hałaśliwej nienawiści twarze czarnych sióstr. Ale dostrzegła w nich coś jeszcze – milczący strach.

Boicie się prawdy – pomyślała Kobieta i poczuła mocne szarpnięcie za łokieć. Poddała mu się bez oporu – powiedziała wszystko, co chciała, teraz mogą już ją wyrzucić. Ruszyła do wyjścia. Widownia skandowała: „Zdraj-czy-ni! Zdraj-czy-ni!”.

Tuż przed zejściem ze sceny Kobieta  jeszcze raz spojrzała w kierunku gotującej się widowni. Uśmiechnęła się. Jedno miejsce było już puste.  

Autor: Filovera Septima

Łodzianka, lekarz, dziennikarz, pisarz, blogerka. Po prostu Filovera Septima.