E jak śmierć

E jak śmierć

Barwne i smakowite “E” nas zabija: cicho, powoli, metodycznie, na nasze własne życzenie. No dobra, może nie na życzenie, ale za naszą bierną akceptacją. Dlaczego?

Bo nam się nie chce żyć i odżywiać inaczej – wolniej i prościej, ale zdrowiej. I dlatego, że prawo jest zbyt liberalne i sprzyja “czystej żywej chemii”, która nas doprowadza do martwych i za życia konserwuje. Ale nasz termin przydatności wcale dzięki temu się nie przedłuża, wręcz przeciwnie, ulega skróceniu.

Umieramy na raka, zawały, choroby krwi, wątrobę, nerki – cały wykaz chorób z katalogu ICD-10. Do wyboru, do koloru, do cierpienia. W dodatku uśpieni złudnym poczuciem bezpieczeństwa, że ktoś, to znaczy jakieś tam inspekcje, sanepidy, instytuty ds żywienia, czuwają, byśmy za dużo i zbyt szkodliwych E nie zjedli.

A gdzie tam. To ułuda.

I właśnie z nią rozprawił się NIK, publikując, moim zdaniem bardzo ważny i poważny raport z kontroli o dodatkach do żywności nazywanych w skrócie E. I nie machajmy na ten raport lekceważąco ręką “e… tam, kolejny urzędniczy dokument”, tylko trąbmy na alarm. Bo dziś żywność przetworzona to jak broń chemiczna.

I jak nic się nie zmieni, to będzie jeszcze gorzej.

Ponad 2 kg – tyle przeciętny konsument spożywa w ciągu roku dodatków do żywności oznaczonych różnego rodzaju „E”. Produkty spożywcze nafaszerowane są np. konserwantami, przeciwutleniaczami, emulgatorami, czy wzmacniaczami smaku. Tymczasem brakuje właściwego nadzoru nad ich stosowaniem – alarmuje NIK.

Inspekcje nie badają każdorazowo wszystkich dodatków znajdujących się w produktach. Nie weryfikują dokładnie, czy to, co napisane jest na opakowaniu, zgadza się z tym, co jest w środku. 

Dodatkowo sprawdza się jedynie limity danego „E” w produkcie, nie biorąc pod uwagę ich kumulacji w codziennej diecie i jak to może wpływać na zdrowie.  Z badania NIK wynika, że w jednym dniu można przyswoić nawet  85 różnych E.

Już ten wstęp do informacji NIK pt. “E w żywności bez kontroli” powinien każdego konsumenta sprowokować do krzyku, że żywność przetworzona praktycznie nie nadaje się do spożycia, bo w rzeczywistości jest bez odżywczych wartości.

Ten wstęp powinien zaalarmować także nas, lekarzy, bo konsumenci stają się pacjentami, a nas jest zbyt mało byśmy dali radę ze wzrostem zachorowań na choroby będące wynikiem zjadania tych wszystkich E – dosłownie na kilogramy. I jak tego nie zmienimy, to okaże się, że służbę zdrowia to właśnie te E różnej maści rozłożą na łopatki.

Ale nie ma w tym nic zabawnego, wręcz przeciwnie, i na dowód przytoczę jeszcze kilka cytatów z NIK, komentując je krótko, bo cytaty mówią same za siebie.

NIK pisze:

W Polsce, podobnie jak w innych krajach rozwiniętych, ok. 70 proc. diety przeciętnego konsumenta stanowi żywność przetworzona w warunkach przemysłowych, zawierająca substancje dodatkowe. (…)

Aktualnie dopuszczonych do stosowania w żywności jest ponad 330 dodatków, które w produktach spożywczych  mogą pełnić  27 różnych funkcji technologicznych. Są to m.in. konserwanty, barwniki, wzmacniacze smaku, przeciwutleniacze, emulgatory, czy stabilizatory. Zawiera je coraz więcej produktów.

Na stosowanie substancji dodatkowych na tak dużą skalę pozwala obecnie obowiązujące prawo polskie i Unii Europejskiej. Jest ono w tym zakresie bardzo liberalne. Niewiele jest produktów, do których nie wolno stosować dodatków. Są to m.in. żywność nieprzetworzona, miód, masło, mleko pasteryzowane i sterylizowane, naturalna woda mineralna, kawa, herbata liściasta. 

Co z tego fragmentu wynika? Przede wszystkim to, że żywność przetworzona stała się swego rodzaju pasem transmisyjnym dla chemii, a rynek żywności rynkiem zbytu dla niej. I po części z naszej winy. Bo oczekujemy gotowych produktów, które wystarczy zalać wrzątkiem, by je szybko zjeść, i o długich terminach przydatności do spożycia, bo nie mamy czasu robić codziennie zakupów. I za ten pośpiech i brak czasu płacimy zdrowiem. A potem za leczenie chorób pieniędzmi.

Ale czy rzeczywiście te E są tak szkodliwe? NIK pisze tak:

Zarówno producenci żywności, jak i instytucje kontrolujące ich działalność, ale także instytuty naukowe, zgodnie twierdzą, że dodatki do żywności stosowane zgodnie z obowiązującymi przepisami nie stanowią zagrożenia dla zdrowia konsumenta. Aby bowiem dana substancja dodatkowa została dopuszczona do żywności, musi posiadać ocenę bezpieczeństwa dla zdrowia dokonywaną przez Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA).

Ha, powiedzą smakosze chipsów, zupek w proszku, kiełbas, batoników – jednak nie taki diabeł straszny, jak go malują! Hola, hola, a jednak straszny, bo jak czytamy dalej:

NIK zwraca uwagę, że przepisy prawa wymagają zapewnienia bezpieczeństwa każdego z dodatków używanych osobno. W żaden sposób nie odnoszą się one do ryzyka wynikającego z obecności w środkach spożywczych więcej niż jednego dodatku, czy ich kumulacji z różnych źródeł.

I tu jest pies pogrzebany, albowiem nikt nie prowadzi badań nad ryzykiem dla zdrowia wynikającym z kumulacji E w jedzeniu, a praktycznie wszystkie produkty zawierają więcej niż jeden!

Można więc powiedzieć, wiemy, że nic nie wiemy, co jemy. I tak naprawdę można mieć też wątpliwość, co do badań nad poszczególnymi E. Dlaczego?

Dlatego że, jak pisze NIK, wszystkie substancje dodatkowe dopuszczone do żywności przed 2009 r. są obecnie ponownie oceniane przez EFSA pod kątem ich bezpieczeństwa dla ludzi.

I co się okazuje? Że niektóre z nich trzeba było wycofać w ogóle z użycia, jak choćby barwnik E 128 używany do nadawania koloru mięsu. Ten barwnik to tzw. czerwień 2G, należąca do barwników azowych, metabolizowanych do bardzo szkodliwej aniliny, która jest związkiem o właściwościach rakotwórczych i niekorzystnie wpływających na hemoglobinę.

Ciekawe, ile jeszcze takich barwnych kwiatków jest wśród pozostałych 330 rodzajów E?

Nadzór nad E? E tam, chyba go nie ma…

A jak w takim razie wygląda w Polsce system nadzoru nad stosowaniem tych wszystkich dodatków w żywności, jej jakość oraz bezpieczeństwo zdrowotne konsumentów?

I tu NIK, która podjęła się sprawdzenia tego, alarmuje, że system nadzoru nad stosowaniem dodatków nie gwarantuje pełnego bezpieczeństwa żywności. Cytuję:

Prowadzone przez skontrolowane inspekcje (Inspekcje Sanitarne, Inspekcję Handlową i Inspektorat Jakości Handlowej Artykułów Rolno – Spożywczych) badania laboratoryjne próbek żywności ograniczały się do wybranych substancji dodatkowych, głównie z grupy substancji konserwujących i barwników.

Żadna z Inspekcji nie analizowała zawartości wszystkich dodatków obecnych w danej próbce żywności. Zwykle wskazywano do badań jedną substancję dodatkową i analizowano ją pod kątem ustalonego dla niej limitu w danym  produkcie. Inne dodatki obecne w tym produkcie w ogóle nie były weryfikowane. Dodatkowo ograniczona była możliwość analityczna laboratoriów Inspekcji Sanitarnej.

Laboratoria te mogły wykonać badania w stosunku do ok. 65 substancji dodatkowych na ponad 200 limitowanych dozwolonych do stosowania. Tak zorganizowany system badań nie gwarantuje pełnego bezpieczeństwa żywności, w której stosowane są substancje dodatkowe, niepodlegające z różnych przyczyn badaniom laboratoryjnym.

No pięknie. Z tego wynika, że nie tylko to, że wiemy, iż nic nie wiemy, ale też że nasze poczucie bezpieczeństwa, iż sanepid itepe czuwają nad tym, co jemy, było złudne.

A często to poczucie bezpieczeństwa powoduje, że kupując jakiś produkt, nie czytamy wystarczająco dokładnie etykiet. Ale jakby tych złych wieści było, dalej w raporcie czytamy:

NIK zwraca także uwagę, że dotychczas nikt nie zajmował się łączną ilością dodatków spożywanych z dietą przez przeciętnego konsumenta. Jedynie w 54 produktach (11 proc.), w składzie zaprezentowanym na etykietach, nie było substancji dodatkowych. W pozostałych 447 producenci zadeklarowali użycie 132 substancji dodatkowych ponad 2 tys. razy.

Statystycznie więc na każdy produkt przypadało pięć dodatków do żywności. W przypadku niektórych produktów liczba dodatków w jednym artykule spożywczym była znacznie wyższa. Przykładowo sałatka warzywna ze śledziem i groszkiem zawierała ich 12. Rekordową liczbę substancji dodatkowych zastosowano w kiełbasie śląskiej – 19.

Czy ktoś ma jeszcze ochotę na kiełbaskę z grilla? I na grillowane E? Jeśli tak, to może po kolejnym cytacie przejdzie mu ochota:

Mimo, iż żywność nafaszerowana jest substancjami dodatkowymi, to organy odpowiedzialne za jej bezpieczeństwo oraz zdrowie publiczne dotychczas nie monitorowały, ani nie oceniały ryzyka związanego z kumulacją wielu dodatków w produktach spożywczych, ewentualnego ich działania synergistycznego, jak również interakcji z innymi składnikami diety, czy też np.  lekami.

Tymczasem niektóre substancje dodane do jednego produktu, w połączeniu z innym artykułem spożywczym nie będą dla człowieka neutralne. Substancja nieszkodliwa samodzielnie może się nią stać w reakcji z inną, tworząc zagrożenie dla zdrowia.

A teraz uwaga! Bo już nie tylko chodzi o nas, dorosłych, ale i dzieci!

NIK pisze:

Najbardziej narażone na przekroczenie akceptowanego dziennego spożycia dodatków (ADI) z dietą, ze względu na niższą masę ciała i upodobania smakowe, są dzieci – głównie w wieku do 10 lat.

Najwięcej dodatków jest w produktach, które dzieci lubią najbardziej, czyli ciastach, aromatyzowanych napojach, lodach, parówkach. Z monitoringu spożycia  i stosowania dodatków do żywności, przygotowywanego przez Instytut Żywności i Żywienia wynikało, że przyswojenie z dietą kwasu sorbowego i sorbinianów – konserwantów dodawanych głównie do ciast, przetworów warzywnych, pieczywa, aromatyzowanych napojów – znacznie przekraczało limit i w grupie dzieci 4-10 lat wynosiło 291 proc. akceptowanego dziennego spożycia (ADI).

U 5 proc. dzieci i młodzieży (1-17 lat) pobranie tych dodatków wynosiło aż 681 proc. Tymczasem spożycie z dietą np. azotynów, obecnych m.in. w  wędlinach, parówkach, peklowanym mięsie, u najmłodszych dzieci wynosiło ponad 160 proc. dopuszczalnego limitu, a u 5 proc. dzieci w wieku 1-3 lat kształtowało się na poziomie aż 562 proc.

Na szczęście kwas sorbowy nie ma właściwości rakotwórczych, ale nie jest zupełnie obojętny dla zdrowia, może bowiem wywoływać reakcje podobne do alergii.

Natomiast azotyny są już kancerogenami, czyli mają właściwości rakotwórcze!

Co ważne, azotyny często znajdują się też w warzywach liściastych, czyli sałatach, kapustach, porach – pakowanych w worki foliowe. Zatem należy się ich wystrzegać lub wybierać te warzywa, które są osłonięte folią dziurkowaną, by był dostęp powietrza.

Wracając jednak do instytucji odpowiedzialnych za nadzór nad żywnością, NIK zauważa, że:

Główny Inspektor Sanitarny, który nadzoruje jakość zdrowotną żywności, nie wdrażał i nie  inicjował działań, które miałyby potwierdzić lub zaprzeczyć, że istnieje ryzyko związane z używaniem substancji dodatkowych.

To jest poważny zarzut. Dlaczego? Bo jak dalej pisze NIK:

Tymczasem dostępnych jest coraz więcej dowodów i publikacji, które wskazują na szkodliwość niektórych dodatków do żywności. W zleconej przez NIK ekspertyzie wśród dodatków, które mogą wywoływać alergie wymieniono barwniki spożywcze, szczególnie syntetyczne (m.in. E 123, E 110, E 122) oraz konserwanty z grupy siarczynów.

Wskazano również, że niektóre barwniki (E120 koszenila, E124 czerwień koszenilowa i E 129 czerwień Allura), mogą powodować groźny dla życia wstrząs anafilaktyczny. Barwniki te są często używane w wędlinach, napojach, sałatkach. Są one szczególnie niebezpieczne dla dzieci oraz osób uczulonych na salicylany.

Jako dodatki o wysokim potencjale pronowotworowym wymieniono konserwanty: kwas benzoesowy (E 210) i jego pochodne oraz azotyny i azotany (E 249, E 250, E 251, E 252). (…) Ponadto mogą one być niebezpieczne dla kobiet w ciąży.

Moi Drodzy, nic tylko przyjdzie nam umrzeć na E. I nie można tego raportu NIK zbyć „e tam, czcze gadanie” i machnąć ręką.

Co możemy zrobić? Po pierwsze od ustawodawcy powinniśmy domagać się zmiany prawa na bardziej restrykcyjne – tak zrobiła swego czasu Dania, która wiele dodatków E zakazała, a inne znacząco ograniczyła, mimo że jest w UE (hm, to chyba też jakiś szkodliwy dodatek do zdrowych państw narodowych). Od władzy wykonawczej natomiast i służb jej podlegających musimy wymagać rzetelnej kontroli żywności i badań.

Po drugie – zmieńmy już dziś, od razu, sposób odżywania. Sięgajmy po nieprzetworzone produkty, bo im prostsza dieta, tym lepsza. Lepiej zjeść ziemianki z masłem posypane natką i koperkiem i z mlekiem zsiadłym, niż gotową zapiekankę ziemniaczaną z E.

Powiecie, że taka prosta dieta wymaga więcej czasu? Być może, ale gdy na E sypnie nam się zdrowie, nic innego nie będzie nas interesować, jak tylko ono i na jego ratowanie poświęcimy cały czas, jaki mamy.


Tych, którzy chcą znać więcej szczegółów na temat E, zachęcam do przeczytania całości informacji NIK. Bo naprawdę warto przeczytać. Daje do myślenia i motywuje do zmiany – dobrej zmiany w odżywaniu już od dziś. 

Bez oglądania się na jakieś e tam nie wiadomo co. Zdrowia życzę i czasu na zdrowie, nie na chorowanie.

Autor: Filovera Septima

Łodzianka, lekarz, dziennikarz, pisarz, blogerka. Po prostu Filovera Septima.