Jak to się zaczęło, czyli opowiadanie w cieniu leszczyny

Swój pierwszy prozatorski tekst literacki – opowiadanie – napisałam, mając 12 lat. Było to podczas kolejnych, beztroskich wakacji, które – jak zwykle – spędzałam u dziadków na wsi i które z rozrzewnieniem wspominam do dziś. A zaczęło się od drobnego, ale jakże “owocnego” wypadku. 

Był sierpień, słoneczne, ale nie upalne lato, w planach bieganie boso po polach i łąkach i taplanie się w wodzie, z przerwą na tzw. przewiązanie krów (czy wiecie, co to znaczy? :-)).

Pewnego dnia ten dziecięcy porządek rzeczy zaburzył mi wypadek, w sumie dość drobny, to jednak w pewnym sensie okazał się być brzemienny w skutki, choć wcale nie zdrowotne.

Mianowicie podczas jednej z wodnych zabaw niefortunnie nadepnęłam na jakąś puszkę (po konserwie) wrzuconą do rzeki, raniąc się w stopę. Rana niestety (a może stety?) paprała się potem przez dwa tygodnie, zmuszając mnie do bardziej siedzącego kosztowania lata.

I co było robić poza czytaniem, które uwielbiałam od dziecka?

Oczywiście można jeszcze było pisać!

Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Wybrałam cudowne miejsce pod rosnącą blisko domu leszczyną, z którego po prawej stronie roztaczał się widok na podwórko z akacjami, po lewej – na wypielęgnowany, pełen warzyw i owoców ogród Babci, a na wprost miałam widok na pola i łąki oraz majaczący na horyzoncie las.

Dziadek, by mi było wygodnie, zbił wówczas z desek specjalnie dla mnie ławkę i stolik, przy którym zaczęłam spędzać całe dnie z obandażowaną stopą, oczywiście pisząc.

Bo jak można było nie mieć natchnienia, mając takie widoki, słysząc orzechowy szelest leszczynowatych liści i zajadając się babcinym ciastem drożdżowym?

Wena była nieuchronna.

I tak przez dwa tygodnie powstało moje pierwsze opowiadanie pt. “Tajemnice starej wozowni”.

Była to historia trójki dzieci, mniej więcej w moim wieku, które – a jakże – spędzają wakacje u dziadków oraz wujostwa na wsi i bawiąc się w jej dawno opuszczonej części, trafiają na starą wozownię. I tu zaczyna się ich przygoda z okrywaniem tajemnicy wsi – pożaru, który wybuchł wiele lat temu i dziwnego milczenia mieszkańców na ten temat.

Opowiadanie, całkowicie przeze mnie wymyślone, zajęło mi cały zeszyt 60-kartkowy. Mam go do tej pory. Oczywiście pierwszymi czytelnikami byli Babcia i Dziadek. I oczywiście na najbliższej rodzinie krąg moich czytelników wówczas się skończył.

Ale tak zaczęła się moja miłość do pisania, która jednakże przez lata koncentrowała się głównie na poezji, choć przede wszytkim do szuflady. Po prostu brakowało mi dowagi, by wyjść ze swoimi wierszami do ludzi. Szuflada pęczniała, a ja zamykałam w kolejnych strofach świat swoich przeżyć.

Oczywiście były też lata suche, pozbawione czasu i ochoty na literacką twórczość. Ale co raz zostało zasiane, nie umarło, a nawet wydało owoce.

Już jako osoba bardzo dorosła wydałam dwa toniki poezji: “Życie niedokończone”“Przemiany”, a dwa lata temu zbiór opowiadań “Chimera”.

Jak twierdzą moi czytelnicy, jest to zbiór intrygujący, opowiadania niepokojące, zapadające w pamięć i dające do myślenia. Jedno z  nich pt. Teczka, możesz przeczytać tutaj.  Zachęcam jednak do przeczytania całości zbioru. A rozpoczynające “Chimerę” opowiadanie pt. “Gorset” podobno wbija w ziemię.

Teraz pracuję nad dwiema książkami: powieścią i zbiorem felietonów z mojej ukochanej historii medycyny. Choć już nie pod leszczyną, mimo że ona wciąż tam jest. A ja na zawsze będę pamiętać tamte dwa twórcze tygodnie w jej cieniu. W cieniu, które otworzył mnie na światło pisania.