Jan Paweł II – moje wspomnienia w 40. rocznicę pontyfikatu.

Był rok 1987. Kończyłam wówczas pierwszy rok medycyny na Akademii Medycznej w Łodzi. Trwała sesja egzaminacyjna, szczególnie trudna: sześć egzaminów i to takich, na których wielu się potykało i potem odpadało ze studiów.

W poniedziałek, 15 czerwca miałam mieć egzamin z biologii. Każdy dzień i noc nauki były ważne. Zwykle, jak na nieopierzoną jeszcze studentkę przystało, uczyłam się do ostatniej chwili. Ale nie tym razem, dwa dni przed, w sobotę, 13 czerwca było inaczej. Bo to był wyjątkowy dzień – Jan Paweł II odwiedził Łódź.

Nauka biologii? Ależ skąd! Ważniejsza była inna lekcja – od naszego papieża Polaka.

Jan Paweł II w Łodzi

Już w nocy, z 12 na 13 czerwca, jak wielu innych wówczas łodzian, wyruszyłam w kierunku lotniska Lublinek, by tam spotkać się z papieżem. Na autobus czy tramwaj nie było wówczas co liczyć. Ludzie więc po prostu szli, całe mnóstwo, a jak razem z nimi. Jak się potem okazało było nas tam, na Lublinku, ponad 700 tys. Można powiedzieć, że cała Łódź się zeszła, ale oczywiście bardzo wielu z tej liczby, nawet większość, to byli pielgrzymi z całej Polski.

Zwykle czekanie na coś bardzo się dłuży. A jednak są takie spotkania, że już samo oczekiwanie jest doświadczeniem samym w sobie. Tak było i teraz. Bez tego wyczekiwania – pełnego zadumy, modlitwy, skupienia, ale i radości, wręcz euforii, że oto uczestniczę w czymś niezwykłym, mającym swój historyczny wymiar – spotkanie z papieżem nie byłoby pełne. A tak było i oczekiwanie, i spełnienie.

Pogoda tego dnia była piękna. Z nieba wręcz lał się żar, a wokół morze ludzi. Ołtarz postawiony był na płycie lotniska i na tyle duży, że widoczny był dobrze także z dalszych sektorów. Do tej pory dreszcz mnie przechodzi na wspomnienie, gdy pokazał się papież. Morze pielgrzymów zafalowało i podniosło się jednym wielkim okrzykiem radości. Podczas Mszy św. koncelebrowanej przez papieża, łódzkie dzieci przystąpiły także do I komunii św. Całość trwała ok. 3 godzin. Dziwne to uczucie – kiedy zaledwie kilka godzin z kimś spędzone wydaje się i wiecznością, i chwilą zarazem. I takie już to zostanie we mnie.

Dziękuję Bogu, że potrzeba spotkania z Janem Pawłem II wówczas zwyciężyła z przygotowaniem się do egzaminu. Ten też się powiódł. Zdałam na trzy z plusem. Całą sesję zaliczyłam w pierwszym terminie i miałam potem fantastyczne wakacje. A tego dnia 13 czerwca 1987 r. nikt mi nie odbierze.

Gdy coś wielkiego się zaczyna…

Pozwolę cofnąć się jeszcze dalej w swoich wspomnieniach. Do tego dnia, bez którego nie byłoby spotkania na Lublinku, czyli do dnia wyboru kardynała Karola Wojtyły na papieża – do 16 października 1978 r. Miałam wówczas 13 lat i chodziłam do 6 klasy szkoły podstawowej w Pabianicach. W Rzymie od kilku dni trwało konklawe, czas wyczekiwania na wyniki kolejnego głosownia. Tego niezwykłego, jak się potem okazało, dla Polaków dnia, lekcje miałam odrobione wcześniej niż zwykle.

Nadchodził wieczór, ja rysowałam, mama krzątała się w kuchni. Nagle do drzwi ktoś zapukał, okazało się, że to sąsiad z bloku, w którym mieszkałyśmy i z którego rodziną się przyjaźniliśmy. Mama otwiera, a przejęty sąsiad mówi: Wiecie, że mamy papieża? Polak, to Polak – zaczął krzyczeć z radości. Jak o tym się dowiedział, tego nie pamiętam.

My byłyśmy zaskoczone, radość mieszała się z niedowierzaniem. Bo w pokoju był włączony telewizor i nic. Nie było żadnej informacji. O ile dobrze pamiętam, dopiero podczas wieczornego dziennika została przekazana krótka wiadomość, że papieżem został Polak, Karol Wojtyła i przyjął imię Jan Paweł II. Pokazano też moment ogłaszania „habemus papam” i ukazania papieża w oknie.

To uczucie, które towarzyszyło mi słowom „habemus papam” – mamy papieża, i pierwszym słowom papieża, gdy mówił, że przybył z dalekiego kraju – zapamiętam na zawsze. Do tej pory ta chwila mnie wzrusza. Radość mojej Mamy i moja była wielka, ale jak na 13-latkę przystało, nie rozumiałam wówczas w pełni ważności tego wydarzenia. Odczułam natomiast całą sobą jakąś wyjątkowość chwili, która trwała potem przez 27 lat pontyfikatu. Boże, ile to rzeczy się w tym czasie wydarzyło!

Gdy coś wielkiego się kończy…

I jeszcze jeden dzień, a nawet kilka dni, bo sprowadzanie śmierci papieża JPII do jednego dnia jest niewłaściwe. Rok 2005. Koniec marca, gwałtownie pogarsza się stan zdrowia papieża. Pojawia się informacja, że Jan Paweł II umiera. I świat też zamiera, i obserwuje odchodzenie. A Polska i Polacy, tak to wówczas widziałam i czułam – doświadczają wielkich rekolekcji.

Tak, bo to umieranie JPII, a potem żałoba po Nim było jak rekolekcje. Zarówno w kościołach, gdzie gromadziliśmy się – tak jak w mojej parafii – wieczorem, by modlić się wspólnie najpierw za powrót do zdrowia, potem za duszę papieża. Jak i przed telewizorami. Muszę przyznać, że tym razem Telewizja Polska, w przeciwieństwie do tej z PRL, zdała egzamin ze swojej misji publicznej na szóstkę.

Papież Jan Paweł II umarł w sobotę, 2 kwietnia o godz. 21.37. Co poczułam? Ból i osamotnienie. I dojmujące przekonanie, że już nigdy nie będzie tak samo, podszyte jakąś obawą o przyszłość. I jeszcze coś, by  to przypomnieć, zajrzałam właśnie do pamiętnika, jako wówczas pisałam. I tego dnia zapisałam m.in. takie oto słowa:

To, co się dzieje na świecie jest niesamowite. Łzy, morze łez, oceany łez. Oczy od nich płowe. Umarł Jan Paweł Wielki. Papież Miłosierdzia. Wielkie przesłanie, światowe rekolekcje. I jak nie wierzyć w znaki? Boże, zostaw w nas jak najwięcej z tego, czego doświadczamy!”.

Dla mnie to był także bardzo szczególny czas, czas pewnej wewnętrznej przemiany. Nie będę się w to zagłębiać, gdyż to zbyt osobista sprawa. Jej domknięcie nastąpiło na pielgrzymce do Rzymu, w jaką się udałam rok później, dokładnie w pierwszą rocznicę śmieci Jana Pawła II, by choć przez chwilę pomodlić się nad jego grobem. Nowym papieżem był już wówczas Benedykt XVI.

Życie trwa dalej…

A potem tyle się dziwnych rzeczy zadziało w Kościele. Ale Duch Św. wieje, kędy chce. Lecz w moim sercu zawsze będzie to „habemus papam” z 1978 r. Jana Pawła II. Polaka, naszego papieża, świętego. Papieża stulecia.

 

(foto: Archiwum Kurii, źródło Dziennik Łódzki)

Autor: Filovera Septima

Łodzianka, lekarz, dziennikarz, pisarz, blogerka. Po prostu Filovera Septima.