Krew gromadzą, wojna idzie. A może już jest?

Krew gromadzą, wojna idzie

Gdy ponad tydzień temu napisałam na Twitterze: Dziś zasłyszane: czuć wojnę w powietrzu, bo gromadzone są zapasy krwi i wzmacniana jest służba krwiolecznictwa, tłit praktycznie przeszedł bez echa.

Przyznaję, zdziwiłam się, że ani nie było pytań typu, ale co, jak, skąd to wiadomo, ani hejtu, że wypisuję w najlepszym razie głupoty, w najgorszym, że jestem tępą dzidą, która pier…li trzy po trzy. Nic. I to było najdziwniejsze. I byłabym może o tym zapomniała, uznając, że mój tłit był tak niedorzeczny, że nie wart jakiejkolwiek uwagi, gdyby nie przypadek oraz kilka wydarzeń mijającego tygodnia.

Przypadek dotyczył tego, że przeszukując zasoby Federacji Bibliotek Cyfrowych, natrafiłam na pewną książeczkę, zupełnie niezwiązaną z tematem poszukiwań, pt. „Walka o hegemonię w świecie”. Książeczka, a w zasadzie broszura licząca zaledwie 22 strony została wydana w Warszawie w 1942 r., podczas okupacji niemieckiej.

Autor (autorzy?) broszury jest nieznany, natomiast w opisie bibliotecznym podano adres wydawniczy – ZD (Zjednoczenie Demokratyczne), a w uwagach, że jest to wydawnictwo konspiracyjne.

Zajrzałam na pierwszą stronę broszury, która zaczyna się tak:

„Zbliża się koniec wojny. Owa upragniona chwila, gdy pełnymi piersiami będzie można swobodnie odetchnąć, wyjść z podziemi na jasne słońce wolności, zacząć w pełni realizować swą wolę”.

Pomyślałam: Boże, jakże naiwny – a może pełen nadziei? – musiał być autor, że w 1942 r. napisał, iż koniec wojny blisko. Jakże potem, o ile było mu dane przeżyć, musiał być rozczarowany, że nie tylko wojna trwała jeszcze 3 lata, ale jakim dramatem dla Polski się skończyła. Kilka akapitów dalej autor pisał tak:

„Okres, który przeżywamy, jest wspaniałym polem obserwacji. Kto chce i kto umie może zobaczyć więcej niż jakikolwiek człowiek z poprzednich pokoleń. Obok bowiem zdarzeń niezwykłej głębi i jaskrawości mamy zjawisko niezmiernie szybkiego zachodzenia owych zdarzeń.

To znaczy, iż w krótkim kresie bezpośredniego obserwowania życia nagromadzenie faktów jest szczególnie duże, co pozwala na zdobywanie bezpośredniego doświadczenia tak wielkiego, jak nigdy przed tym. Fakt ten narzuca nam szczególne obowiązki.

Z drugiej jednak strony owe zdarzenia, dotycząc nas bezpośrednio, nie tylko budzą nasze zainteresowania, ale biją w nas, czasem biją tak dotkliwie, iż trudno przetrzymać. Stąd też niełatwo jest zdobyć się na spokój i obiektywizm przy ocenie poszczególnych zjawisk. Dajemy się unosić emocjom, które powodują wnioskowanie nerwowe, chaotyczne, czasem fantastyczne”.

Tym razem pomyślałam: wypisz-wymaluj to czasy, w których przyszło nam żyć, ba, czasy ostatnie (choć, mam nadzieję, że jeszcze nieostateczne). I dalej autor znów pisał:

„Fałszywa ocena jutra, zarówno w stosunku do wielkich linii rozwojowych świata, jak i wewnętrznych przeobrażeń każdego z krajów, jest znowu najstraszliwszym niebezpieczeństwem, na jakie ludzkość jest narażona. Zmuszeni jesteśmy zdecydować się na trwanie w dawnych błędach i w słabości lub zryw i marsz po mało znanych, ale nowych drogach. Zła ocena przyszłości to obranie z miejsca niewłaściwej drogi i trwałe błądzenie po manowcach”.

Tymi manowcami dla autora było m.in. trwanie w przekonaniu, że polityka pacyfizmu i rozbrojenia państw, takich jak Polska, rozwiąże problem walki wielkich państw o hegemonię na świecie, niedostrzeganie faktu, że jak się nie ma silnej gospodarki, to, żeby móc się obronić, trzeba mieć silną armię, czy wreszcie bagatelizowanie oznak nadchodzącej wojny i brak wystarczająco wcześnie przygotowań do niej.

Tak, według autora, było w II RP, co ostatecznie spowodowało klęskę wrześniową 1939 r. Nie będę tutaj rozstrzygać, czy to akurat spostrzeżenie jest słuszne, ale zwrócę uwagę na jeszcze jedną, moim zdaniem najważniejszą konstatację autora, że brak materialnego przygotowania Polski do obrony poprzedziła akcja „rozbrajania wewnętrznego w zakresie psychiki”. A – jak pisał autor – zaczęła się ona banalnie, od prostego stwierdzenia, że „wojny trzeba uniknąć, bo jest nonsensem z punktu wiedzenia dobrobytu współczesnych pokoleń”.

I znów pomyślałam: czyż ten sposób myślenia nie jest powszechny także dziś? Ten sposób, który w skrajnych przypadkach sprowadza się do przekonania, ujmując oczywiście metaforycznie, iż lepiej być psem na smyczy, ale mieć budę i pełną michę, choćby podaną obcą ręką, niż wolnym wilkiem, który ma tylko to, co sam upoluje, ale też cały las dla siebie. Ale to wymaga wysiłku, podjęcia ryzyka, umiejętności przetrwania, czujności, ale też przebiegłości.

I tu pojawia się pytanie – kto dziś z nas stanąłby w obronie Ojczyzny? A pytanie to wcale nie jest bezzasadne.

Teraz przyjrzyjmy się kilku zaledwie wydarzeniom z ostatniego tygodnia. Sejm RP nowelizuje w szybkim trybie ustawę o Sądzie Najwyższym. W ten sposób reforma sądownictwa zostaje rozmiękczona. Ktoś powie – wygrała demokracja! Ja powiem – bzdura! Wygrała Bruksela i zwyciężyła siła szantażu Polski przez Unię, co z demokracją nie ma nic wspólnego.

I tu powołam się na wstrząsający w swojej wymowie wywiad z panią poseł prof. Krystyną Pawłowicz, opublikowany na polityce.pl i zatytułowany: Polskie władze działają z przystawionym do głowy pistoletem, który wymusza poddanie się dyktatowi unijnemu. Moim zdaniem już sam tytuł poraża. A dalej jest jeszcze gorzej:

„Przymusza się nas do zastosowania się do równie bezprawnych, poza traktatowych działań TSUE. Wszystko odbywa się w porozumieniu z polską opozycją wewnętrzną, która nie potrafiła dać sobie z Polską i Polakami rady, ani w wyborach, ani „ulicą”. Polska ma rację, ale Unia – jak odpowiedział pani premier Szydło prezydent Macron – ma fundusze i możliwość stosowania sankcji”.

Kto więc decyduje, komu i czym napełnić michę? Odpowiedź jest oczywista. I zadajmy pytanie, co by się stało, gdyby Polska nie poddała się dyktatowi Unii, teraz gdy decyduje się kwestia unijnego budżetu, czyli także pieniędzy dla Polski? Ilu z nas poparłoby takie stanowcze działania Rządu, wiedząc, że może to skutkować mniejszym strumieniem pieniędzy dla Polski, z wszystkimi tego konsekwencjami?

Wydarzenie kolejne, co prawda sprzed dwóch tygodni, ale koniecznie trzeba je przywołać. W Parlamencie Europejskim w Strasburgu kanclerz Merkel stwierdza: „Europa potrzebuje wspólnej armii”. Oczywiście, zapewne pod przywództwem Niemiec, a to wszystko w imię większej solidarności europejskiej. Czy te słowa Merkel, właśnie teraz, to przypadek?

Nie! To tylko kolejny „skromny” powrót do koncepcji podporządkowania Niemcom całej Europy, w szczególności państw Europy Środkowowschodniej, które mają przybrać charakter kolonii. Koncepcji podporządkowania już nie tylko gospodarczo, ale też militarnie. A ponieważ przymus przybiera maskę solidarności europejskiej, to “dobrowolnie” szykuj wojsko wspólne.

A co nam w tej armii europejskiej, zawiadywanej zapewne głównie przez niemieckich generałów, wyznaczono? Niewiele więcej, jak rolę pachołków.

I kolejne wydarzenie, i znowu Merkel. Tym razem podczas konferencji na temat „globalizacji parlamentarnej i suwerenności narodowej”, zorganizowanej w czwartek, 22 listopada, przez Fundację Konrada Adenauera. Kanclerz Niemiec stwierdziła, że Unia Europejska powinna mieć więcej uprawnień, a “państwa narodowe powinny być gotowe przekazać suwerenność”.

Też oczywiście pod pozorem solidarności europejskiej, poszanowania wspólnych wartości i z zachowaniem procedur. To przekazanie suwerenności w zasadzie dotyczyłby wszystkich najważniejszych spraw: gospodarki, sądownictwa, imigracji itd. A w rzeczywistości chodzi o jedno – pozbawienie siły państw takich jak Polska, mających jeszcze swoją tożsamość, poprzez wykorzenienie jej. Świadczą o tym dobitnie kolejne słowa Merkel: „Patriotyzm jest wtedy, gdy inni są uwzględnieni w niemieckim interesie”. Tego nie skomentuję, bo musiałabym zakląć.

I jeszcze jedno wydarzenie, które miało miejsce także w czwartek. Tym razem pani ambasador USA Georgette Mosbacher kieruje do polskich parlamentarzystów, jakże wymowne słowa:

„W Kongresie wielka sympatia dla Polski, ale jest jedna rzecz, która może zepsuć te stosunki – to zamach na wolne media. Ostrzegam, bo jestem szczera”.  

O co kaman – chcę zapytać? Czy wyłącznie o planowaną, przynajmniej do niedawna, repolonizację mediów? Niekoniecznie. A może to ma jakiś związek ze… wspólną europejską armią? No, koncepcja dosyć karkołomna, ale pójdźmy tym tropem. Załóżmy, że wpłynie jakakolwiek rządowa ustawa medialna do sejmu, opozycja oczywiście zaraz okrzyknie ją zamachem na media.

Zgodnie z tym, co rzekła Mosbacher, sympatia kongresu USA pryśnie. A wówczas może także prysnąć projekt stałej bazy wojsk amerykańskich w Polsce. Oczywiście, nie czarujmy się, pogwałcenie jakoby wolności mediów będzie tylko pretekstem. W rzeczywistości chodzi „tylko” o rozgrywkę pomiędzy USA, Niemcami i Rosją i podział świata. Chodzi o hegemonię w świecie.

Całkiem dobrze i nad wyraz uniwersalnie nakreślił ten problem autor rzeczonej książeczki z 1942 r., do której po prostu Czytelników odsyłam. Jak się okazuje twarze państw nie zmieniają się, tylko przybierają inne maski.

I wracam teraz do tytułu tegoż artykułu i mojego tłita. Moje źródło mówi, że „krew gromadzą, wojskową służbę krwi wzmacniają, a to wskazuje, że wojna idzie”. A moim zdaniem, zresztą nie tylko moim, ona już jest, co prawda nie taka jak dawniej, gdy zaczynała się od nalotów samolotów o świcie. Ale czymże jest jak nie wojną z Polską, kierowanie na Rząd zmasowanego nalotu oskarżeń, fałszywych informacji, bezprawnych żądań i szantażu.

I myślę, że nadszedł już czas, by Rząd i prezydent RP wprost nam to powiedzieli, a nie ustami posłanki. By powiedzieli, jakie rzeczywiście żądania stawia Unia (wraz z Putinem w tle) i USA (wraz z Żydami i to nie w tle), i jaką cenę mamy zapłacić.

A przede wszystkim, by zapytali nas: Rodacy, chcecie być psami na łańcuchu czy wilkami?  

Autor: Filovera Septima

Łodzianka, lekarz, dziennikarz, pisarz, blogerka. Po prostu Filovera Septima.