Lajfstajl według Filovery

Lajfstajl według Filovery

Wysypiaj się, ruszaj się, nie jedz cukru, nie sól, nawadniaj się, ale nie pij (procentów oczywiście), nie opalaj się i nie pal, chyba że w kominku, ale już nie pod grillem, bo mięso z grilla szkodzi. 

To tylko niektóre z zaleceń-rozkazów, jakie powinniśmy wypełniać, aby  do samej śmierci być zdrowym i nie chodzić po doktorach, bo nie warto.

Aha, i jeszcze nie jeźdź szybko samochodem, bo nie nacieszysz się zbyt długo z tego zdrowia, przybliżając się z prędkością 130 km/h do śmierci.

A ja? Cóż ja mam z tym począć?

Oczywiście jako lekarz oficjalnie ten system nakazowo-rozdzielczy w rzeczy samej popieram i profilaktykuję (wiem, nie ma takiego słowa w sjp, ale teraz już jest – u mnie na blogu :-).

Ale jako Filovera z krwi i kości z niektórymi zakazonakazami zdecydowanie jestem na bakier.

Ale najpierw się pochwalę.

Dobry lajsfstajl, czyli czego nie robię

Nigdy nie paliłam. A dokładniej pierwsza próba, jaką podjęłam w wieku 7 lat (tak, to nie błąd, lat siedem miałam), zakończyła się (na szczęście dla mnie) całkowitą porażką i to już po sekundzie, gdyż zaczęłam od niewłaściwego końca. Kolega z bloku i z tej samej klasy zwinął ojcu z popielniczki peta i za blokiem, w chaszczach, namówił mnie na spróbowanie. I to był dramat, bo przypalił mi filtr. I już wiedziałam, że to nie to i tak mi zostało do dziś.

Mocnych procentów nie pijam, bo jakaś taka bardziej “winna” jestem, a i to dość słabo. Prawdopodobnie dlatego, że mój rodzony ojciec w krótkim czasie wypił wszystko na zapas na trzy pokolenia naprzód i już od lat nie żyje. A mnie się aż tak bardzo do niego nie spieszy.

Za szybko auta też nie prowadzę, bo w ogóle nie prowadzę. Nie mam prawa jazdy, bo nigdy nie miałam. To znaczy próbowałam mieć, nawet na jakiś kurs poszłam, ale primo – bardzo przeszkadzali mi na drodze piesi, secundo – dziwiłam się, że tyle tramwajów po Łodzi jeździ i byłam zawsze pewna, że to ja dam im radę, tertio – miałam ciągoty do… przekraczania prędkości.

I pomysł zrobienia prawka porzuciłam, i dobrze, bo jadąc samochodem, wolę czytać, niż kręcić kierownicą.

No i wreszcie kąpieli słonecznych nie nadużywam, choć sądzę, że z tą “ciemną stroną” Słońca to gruba przesada.  Ale już tak mam, że nie lubię się smażyć i np. nad morze jeżdżę zawsze po sezonie.

A z tego oszczędnego używania promieni słonecznych i niepalenia mam czysty zysk w postaci straty – straty tych zmarszczek, które mogłabym mieć z powodu suchej cery, której nie mam. Ale mam za to inne zmarszczki i z innego powodu, ale te lubię, bo tak sympatyczniej się na twarzy układają.

Więc chyba w sumie nie jest tak źle z tym moim zdrowym lajfstajlem?

Ale im dalej w las, tym więcej cienia.

Więc co do słodyczy, to mam okresy całkowitej abstynencji od cukru, przeplatane umiarkowanym konsumpcjonizmem. I mam też swoje ulubione smaki, takie połączenie PRL-u z gustem francusko-włoskim.

Jako że wychowałam się w epoce słusznie minionej, choć czasem wzbudzającej we mnie nostalgię, ale tak bywa z czasem dzieciństwa i młodości, gdy wspomina się go już w dojrzałym wieku. Więc jako że wychowałam się w PRL-u, to moim ulubionym smakiem jest: smak herbatników – takich najzwyklejszych, smak biszkoptów – takich w kształcie szerszej w talii ósemki, smak landrynek – najlepiej malinowych, i, mniam, smak ptasiowego mleczka Wedla. O matko! Toż to był rarytas!

A co do francuszczyzny – to lubię krem brulee (od święta) i panna cotta (od czasu, gdy po raz pierwszy byłam w Italii, czyli dość dawno, ale nie tak dawno, by nie pamiętać).

I na koniec najgorsze: spanie i ruszanie się. Niech Wam tylko nie kojarzy się to z seksem, bo chodzi o spanie w łóżku i ruszanie się na świeżym (?) powietrzu.

Mianowicie, gdy miałam fazę na konie (a swego czasu jeździłam dużo i namiętnie i mam na myśli konie – takie co mają cztery kopyta i podkowy), to nawet na rajd konny po Ukrainie się wybrałam.

Cudnie było, 10 dni na koniu po jakieś 8 godzin dziennie, tereny od nizin, poprzez wyżyny, aż po pagórki, pola, łąki, lasy i rzeki, bosko było. I to był czas, gdy ruszałam się bardzo dużo. Konie, siłka, rower itd.

Niestety ten czas minął i tu jest moje pierwsze, publiczne i mocne postanowienie poprawy – czas znów na ruch. Bo co, jak co, ale to właśnie ruch jest tym, co rzeczywiście czyni nas zdrowym i młodszym. Można jeść do kitu, ale jak się dużo ruszasz, to do końca życia ci zdrowia wystarczy.

Zły lajfstajl, czyli z czym fatalnie

Wysypianie się. Z tym u mnie najgorzej. Ale co ja biedna zrobię, że uwielbiam tę nocną ciszę, gdy świat gaśnie, a ja słyszę, jaki idzie do mnie wena i szepcze: pisz, pisz, pisz. I piszę.

Nocą też mi się najlepiej czyta i rysuje. I tak mi schodzi do 2-3 (w nocy? nad ranem?), a potem to chciałoby się spać do 9 przynajmniej.

Próbowałam już wiele razy przestawić się z trybu sowa na tryb skowronek, ale wychodziła mi wówczas jakaś papuga, która ogłupiała od próby regulacji mojego chronosa tylko skrzeczała: “mam spać? mam spać?”.

No więc co dalej z tym moim zdrowym lajfstajlem?

Podjęłam decyzję.

Mam zamiar przede wszystkim cieszyć się z drobnych, codziennych przyjemności, dziękować za dobro, wybaczać zło, jak najczęściej się uśmiechać (na dobre zmarszczki trzeba sobie zapracować) i jak najczęściej robić to, co lubię najbardziej: pisać, czytać i rysować, choćby nocą i choćby przegryzając herbatniki.

PS. Jeśli moja wena, która mnie tak nachodzi nocą, będzie miała jeszcze więcej poczucia humoru, to może na blogu powstanie kategoria Lajfstajl według Filovery. Bo w życiu potrzeba też dystansu do siebie i tych wszystkich poważnych spraw, które mniej czy bardziej nas dotyczą. Nie dajmy bowiem się zwariować.

Autor: Filovera Septima

Łodzianka, lekarz, dziennikarz, pisarz, blogerka. Po prostu Filovera Septima.