Las Łagiewnicki: nie tylko spacer

Las Łagiewnicki: nie tylko spacer

Wystarczyła jedna myśl, bym zdecydowała się na poranny spacer po Lesie Łagiewnickim w Łodzi. Ta myśl, to uświadomienie sobie, że marzę o podróżach do odległych krajów, prawie na koniec świata, a nie znam wystarczająco dobrze miasta, z którego chcę w ten świat wyjść. Miasta, w którym mieszkam i które jest moim początkiem. Więc co temu światu zaniosę?

Spacer był rzeczywiście bardzo poranny. Wstałam tuż po piątej, by komunikacją miejską dotrzeć na szóstą do wybranego miejsca na skraju Lasu Łagiewnickiego i zanurzyć się w nim na kilka godzin.

Ze sobą wzięłam niewielki plecak, w nim butelkę z wodą, termos z kawą (uwielbiam kawę), coś zdrowego do przegryzienia, mapę, zeszyt, pióro i aparat fotograficzny, by słowem i obrazem zapisywać wrażenia.

Bo łagiewnicki las jest czymś więcej niż tylko lasem, a też ten mój spacer miał być czymś więcej niż tylko zwykłym przejściem się po leśnych alejkach.

Miał być małą podróżą, maleńką wyprawą, podczas której odkryję po swojemu to, co skryte w lesie, ale też odkryję kawałek… siebie. A był też… ale o tym dalej.

Już na skraju lasu przywitała mnie głęboka cisza, w której – jeśli się dobrze wsłuchać – tak wiele się jednak dzieje, i leciutka mżawka, przez którą próbowało się przebić poranne słońce.

Instynktownie nabrałam głęboko powietrza – zapach zieleni, tak, zieleni i wilgotnych liści oraz próchniczej ziemi, dotarł aż do dna płuc, do przepony.

Tak rzadko pełną piersią oddychamy – pomyślałam. A szkoda! Zwykle nabieramy powietrza płytko, spiesząc się i kończąc wdech, zanim się na dobrze zacznie. A przecież ważny jest nie tylko pierwszy oddech na tym świecie, ale każdy następny, aż do ostatniego. I po co tak się śpieszyć i spłycać życie?

Po kilku haustach mocnego, świeżego powietrza przez chwilę czułam się, jakbym była odurzona, ale potem ogarnęło mnie rześkie podekscytowanie i spokój jednocześnie. To dziwne – pomyślałam. Jestem przecież tak blisko od domu, zaledwie kilkanaście kilometrów, a czuję się, jakbym wyruszała w… świat.

I ruszyłam.

Las Łagiewnicki w Łodzi nie jest zwykłym lasem. Jest bodajże największym w Europie kompleksem leśnym, znajdującym się w granicach administracyjnych miasta i zajmuje powierzchnię ponad 1200 hektarów.

Jego nazwa pochodzi od osady Łagiewniki, założonej ok. XI w. na potrzeby pobliskiego grodu w Zgierzu. Osada ta z kolei wzięła nazwę od dostarczanych na dwór książęcy łagwi (lub łągwi), czyli naczyń zrobionych z drewna i skóry, a służących do przechowywania i transportu napojów. Dziś moją łągowią była butelka i termos :-).

Las Łagiewnicki jest lasem liściastym, co nadaje mu szczególny klimat – nie tylko przyrodniczy, ale też wizualny i emocjonalny.

Ponurość gęstwin wciąga i odpycha zarazem, tajemniczość gubiących się wśród drzew ścieżek wywołuje niepokój, kontrast pomiędzy światłem polan a cieniem drzew przyciąga uwagę.

I ta rozproszona zieloność koron drzew, która nie tylko tworzy wysokie sklepienie nad głową, ale też snuje się półprzezroczysta pomiędzy pniami, nadając lasowi niezwykłą bajkowość, szczególnie znajdującemu się w nim rezerwatowi przyrody.

A ten żyje swoim własnym życiem przemian. Podczas spaceru napotykałam więc nietknięte ludzką ręką, a powalone przez wichurę lub starość i dogorywające teraz smętnie pnie kiedyś dumnych dębów, po których dzielnie wspinają się pełne życia mszaki.

Napotykałam tulące się do siebie graby – stare i spękane oraz zupełnie młode o gładkiej, popielatej korze.

Widziałam moje ukochane, bielejące brzozy – jakże są delikatne i eteryczne wśród twardych dębów i grabów, ale też jakże uparte – bo potrafiące rosnąć nawet na rumowiskach.

To one przypomniały mi, że w tymże lesie w przeszłości miały miejsce ważne wydarzenia.

Tu, w 1863 r. stacjonowali powstańcy pod dowództwem gen. Józefa Dworzaczka, którego oddziały stoczyły pod Dobrą krwawą bitwę.

Stąd, spod znajdującej się w lesie kaplicy św. Antoniego aktywiści PPS poprowadzili w czerwcu 1905 r., w kierunku Bałuckiego Rynku manifestantów, a po kilku dniach wybuchło w Łodzi powstanie robotników, zwane rewolucją 1905 r.

Tutaj też w czasie koszmaru II wojny światowej niemieccy hitlerowcy dokonywali masowych egzekucji, m.in. w latach 1939-1940 na inteligencji łódzkiej w ramach planu eksterminacji inteligencji polskiej.

W 1941 r. Niemcy, by ukryć swoje zbrodnie, miejsca egzekucji dodatkowo zalesili, jednak już w 1945 r. udało się dokonać ekshumacji ofiar i ich szczątki złożyć na cmentarzu w Łagiewnikach.

Las wciąż o tym pamięta.

Ale – na szczęście – kryje też w sobie nie tylko powstańcze i wojenne wspomnienia.

Las Łagiewnicki to również miejsce zabytków, a przede wszystkim, szczególnie dawniej, miejsce pielgrzymowania.

Tu znajduje się XIX-wieczny – niestety, obecnie zapuszczony – pałac Juliusza Heinzla, łódzkiego przemysłowca pochodzenia niemieckiego.

I przede wszystkim jest tutaj Klasztor Franciszkanów, erygowany 18 marca 1681 r., i są dwie cudowne, barkowe, drewniane kapliczki – św. Antoniego oraz św. Rocha i Sebastiana, które choć w złym stanie, to jednak przetrwały nawet wojenną zawieruchę.

Kapliczki – zbudowane w XVII w. i XVIII w., odnowione w latach 60. XX w. i poddane całkowitej renowacji na początku XXI w. – nadal są miejscem, do którego się pielgrzymuje. Dziś raczej indywidualnie, kiedyś zbiorowo. Zawsze jednak w tym samym celu: by za wstawiennictwem świętych prosić Boga o łaski i dziękować Mu za nie.

I ja, robiąc sobie na mojej spacerowej drodze po łagiewnickim lesie przystanek przy kapliczkach, uczyniłam to samo.

I tak oto spacer stał się pielgrzymką.

Skupieniu i kontemplacji sprzyjała leśna cisza – pogoda była całkowicie bezwietrzna, słońcu udało się wydostać zza chmur, mżawka ustąpiła, zgiełk miasta został na skraju lasu. Wychodząc z niego byłam bogatsza – nie tylko w tlen, ale i w spokój.

Byłam też umocniona nie tylko na ciele, ale i na duchu oraz w przekonaniu, że każda, choćby najmniejsza i najbliższa miejsca zamieszkania podróż może być ważna, jeśli jest podróżą „do”, a nie ucieczką „od”.

Choć nadal marzę o odkrywaniu krańców świata, to doceniam też zagłębianie się w miejsce wyjścia w tenże świat, tym bardziej, że szczęśliwa podróż to taka, z której wraca się do domu. Bliskiego sercu i dobrze znanego.


Wspomnienie ze spaceru do Lasu Łagiewnickiego w Łodzi

Autor: Filovera Septima

Łodzianka, lekarz, dziennikarz, pisarz, blogerka. Po prostu Filovera Septima.