Łódź w objęciach influenzy, a my z filiżanką gorącej herbaty

Jako że sezon grypowo-przeziębieniowy należy uznać za otwarty, dziś proponuję filiżankę gorącej herbaty z czym, kto chce: imbirem, cytryną, miodem, sokiem malinowym, a nawet procentami. Bo to złoty standard, choć każdy ma też swoje wypróbowane metody, by wesprzeć się w listopadowe wieczory. 

Jeśli do tego dorzucimy miękki kocyk, dobrą książkę i muzykę w tle, to taka godzina przed snem – pełna relaksu i wyciszenia – stanie się nieoceniona. Ach, ileż to oddaliby nasi przodkowie za takie wygody! By je więc docenić, spójrzmy na nie z perspektywy czasu.

I cofnijmy się o 138 lat, do 1889 r., gdy w Łodzi szalała epidemia grypy, zwanej wówczas influenzą, Gdy zobaczmy, siedząc sobie w cieple pod kocem z filiżanką gorącej herbaty w ręku, jak wówczas bywało ciężko, to zapewniam, że od razu poczujmy się lepiej ;-). I może nie będziemy tak nawet narzekać na długie kolejki do lekarzy, bo przecież zawsze może być gorzej, jak choćby te 138 lat temu w Łodzi.

_____________________

Łódź w objęciach influenzy

Długa i łagodna jesień 1889 roku nie sprzyjała interesom łódzkich kupców i rzemieślników: zimowe towary schodziły słabo, brakowało nowych zamówień. „Fatalnie krytyczna chwila!” – jak pisano w prasie – nastała także dla robotników; stagnacja w przemyśle, to mniejsze dniówki i większa bieda.

Jakby tego było mało, do miasta dochodziły niepokojące wieści: z Rosji, od Petersburga, nadciągała nowa zaraza – influenza!

Pierwsze zachorowania pojawiły się w okolicach Łodzi w połowie listopada. Influenza zaatakowała wówczas wojsko, kładąc do łóżka, a w zasadzie na pryczę, nawet najsilniejszego z żołnierzy. Z początkiem grudnia epidemia szerzyła się już wśród ludności cywilnej miasta i to z niemiłosierną gwałtownością – szczególnie pomiędzy robotnikami.

Nic dziwnego – ich stan zdrowia był zły, warunki mieszkaniowe trudne, a higiena na niskim poziomie. Gorączka, dochodząca do 40 stopni, i nieznośny ból głowy ścinały niejednego biedaka z nóg i zmuszały do pozostania przez kilka dni w domu.

Influenza, dopadając częściej płeć męską, jak żadna inna choroba przybierała wówczas – niczym kobieta – różnorodne postaci kliniczne. U jednych atakowała drogi oddechowe, powodując uciążliwy katar, ból w klatce piersiowej, ból gardła i nieznośny kaszel. W połowie grudnia nie było już mieszkania, w którym by ktoś nie kasłał; także w szpitalach ani na chwilę kaszel nie ustawał.

U innych atakowała przewód pokarmowy. Brak łaknienia, niesmak w ustach, kurczowe bóle żołądka – oto cierpienia, które chory musiał znieść. Męczące nudności i wymioty sprawiały, że nie jednemu mogło się wydawać, iż odbywa pierwszą w życiu podróż morską. Uciążliwość objawów na szczęście nie szła w parze ze śmiertelnością. Była ona stosunkowo niska i spowodowana groźnym powikłaniem – zapaleniem płuc.

Pod koniec grudnia influenza zaczęła wyraźnie słabnąć, uwalniając ze swych objęć umęczone epidemią miasto. Cokolwiek by nie robiono natura influenzy była taka, że gdzie przyszła, tam gościła cztery do sześciu tygodni. Leczenie nie wpływało na zachorowalność, ale mogło łagodzić nieco objawy. Niektórzy lekarze zalecali słabe środki przeczyszczające, chininę, fenacetynę, pastylki wykrztuśne.

Najlepszym jednak sposobem na przetrwanie choroby było niezwłoczne, tuż po wystąpieniu pierwszych dolegliwości, położenie się do łóżka. Bywało, że robotnicy, których dopadła influenza, słaniając się na nogach, szli jednak do pracy – byle tylko nie stracić dniówki. I zarażali innych. Rzadko także korzystali z pomocy lekarzy.

Tych w Łodzi było wówczas niewielu – około 50, do tego w większości prywatnie praktykujących. Pobierali oni wysokie, jak na możliwości robotnika, opłaty za poradę. Lekarze fabryczni, których też było mało, byli tak obciążeni pracą, że nie nadążali z codziennymi obowiązkami, a co dopiero podczas epidemii.

Nieznane były też przyczyny influenzy. Choć dostrzegano jej zaraźliwy charakter, to występowanie epidemii przypisywano wciąż czynnikom tellurycznym: pogodzie, wiatrom, ilości ozonu w powietrzu. Różnie influenzę także nazywano: febris catarrhalis epidemica, nieżyt rosyjski, chrypka, nieżytnica, napływka, grippe lub po prostu – grypa!

Pod koniec 1889 roku miała bowiem miejsce pierwsza fala, największej w XIX w., pandemii grypy, która w kilka miesięcy ogarnęła cały świat, nie pomijając – a jakże! – przemysłowej Łodzi.

______________

Tekst “Łódź w objęciach influenzy” był najpierw opublikowany w Dzienniku Łódzkim w ramach cyklu “Łódź Medyczna Historyczna”