Łódzka bitwa o in vitro. Akt trzeci. Nie ostatni

Bitwa o in vitro

Więcej pieniędzy na politykę prorodzinną, innowacyjne inwestycje oraz na lokalne projekty realizowane przez małe gminy zapowiedział marszałek województwa łódzkiego Grzegorz Schreiber w ubiegłym tygodniu podczas obrad nad budżetem sejmiku na 2019 rok. I choć budżet to wiele różnych zadań, całą dyskusję i tak zdominowała jedna kwestia – in vitro.

Oczywiście za sprawą lewackiej lewicy, reprezentowanej przez Dariusza Jońskiego z Inicjatywy Polskiej, która, bratając się z organizacją pozarządową pod dziwną nawą „Dziewuchy dziewuchom”, już wcześniej zapowiedziała walkę o utrzymanie finansowania programu in vitro z budżetu wojewódzkiego i tuż przed sesją zorganizowała w tej sprawie konferencję.

Ale co ciekawe, lewacka lewica wsparcie uzyskała także od ludowców z PSL i, oczywiście, także od KO (czy, jak kto woli, od PO, a może POKO? Nieważne, to w sumie jedno i to samo). A więc w sprawie in vitro wszyscy byli przeciw jednemu – PiS-owi oczywiście, który zadecydował, aby program z finansowania zdjąć.

I tak też się stało, gdyż matematyka jest nieubłagana i 17 głosów to więcej niż 16 głosów, co też jednak oznacza, że nierówność ta jest w sumie dość chwiejna. Wystarczyłoby, aby jakiś jeden głos  zawieruszył się w kuluarach i spóźnił na głosowanie albo wcześniej rozchorował i poszedł na L4 (niekoniecznie w ramach protestu), a wynik byłby inny. Matematycznie, co prawda, byłaby równość, ale politycznie  – zero. Tym razem jednak mobilizacja była i in vitro zdjęto. Czyli mówiąc wprost – marszałek już nie będzie dopłacać parom do pozaustrojowego zapłodnienia.

Czy to oznacza, że marszałkowi nie zależy na demografii województwa łódzkiego? Zależy i to bardzo, ale inaczej. Można by rzec, dla równowagi “prawiej”. Co to oznacza w praktyce? Mianowicie to, że milion złotych z programu in vitro otrzyma w tym roku Instytut Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi, ale nie “ot tak sobie”, ale na leczenie niepłodności.

– Dzięki naszym staraniom udało się osiągnąć synergię z rządowym programem leczenia niepłodności, bo dla nas najważniejsze jest leczenie tej choroby cywilizacyjnej. A chcemy to przeprowadzić, naszym zdaniem, skuteczniej – tłumaczył marszałek.

Więcej o tym czytaj tu: Łódzka bitwa o in vitro. Akt drugi właśnie się rozgrywa.

I dodał, że kolejne dwa miliony na leczenie niepłodności w „Matce Polce” przeznaczy także minister zdrowia. Czyli razem będą trzy, a to też jest więcej niż dwa, jakie do tej pory były zapisane na in vitro.

Jak wspomniałam wszyscy inni byli przeciw tym przesunięciom, choć między Bogiem a prawdą widać było, że ten pomysł, by dać kasę Matce Polce trochę wybił im argumenty, by być przeciw jeszcze bardziej. Dlatego też próbowali to rozegrać metodą na „jedynych sprawiedliwych”.

I tak przewodniczący klubu radnych PSL Marek Mazur wołał do marszałka:

Niech pan nie wojuje z kobietami, niech pan nie zabiera jednym, by dać drugim. A wspominany już Dariusz Joński grzmiał: Dziś wywiesza pan tablicę z napisem „zamykamy in vitro, nie pomagamy rodzinom”,

dodając:

Apeluję o trochę zdrowego rozsądku, bo jeszcze wiele par na ten program czeka. Nie róbcie z tego wojny ideologicznej.

Co ciekawe dyskutanci, jak np. Marcin Bugajski z Koalicji Obywatelskiej, będący z założenia przeciw rezygnacji z in vitro, apelowali do radnych, by głosowali zgodnie z własnym sumieniem. Natomiast koncyliacyjnie do problemu metodą „Panu Bogu świeczkę a diabłu ogarek” podeszła radna PO Joanna Skrzydlewska, która zaproponowała podział miliona złotych pomiędzy program leczenia niepłodności i program in vitro.

Wszystko na nic. PiS, jak zresztą zaznaczył w dyskusji, zagłosował zgodnie z własnym sumieniem i bez rozdrabniania się za zdjęciem programu in vitro i dofinansowaniem programu leczenia niepłodności w „Matce Polce”.

Czy to oznacza, że akt trzeci tej łódzkiej bitwy o in vitro zakończył ją? Oczywiście nie. Już następnego dnia łódzkie SLD zapowiedziało, że będzie zbierać podpisy pod obywatelskim projektem uchwały dotyczącym dofinansowania in vitro w województwie.

– Zapewniam, że pod inicjatywą zbierzemy nie tysiąc a kilka tysięcy podpisów i pokażemy panu marszałkowi, że nie warto likwidować tego programu wyłącznie z powodów ideologicznych, bo decyzja ta nie ma podłoża merytorycznego – mówił na konferencji zorganizowanej „dzień po” były radny sejmiku Piotr Bors, który w poprzedniej kadencji był inicjatorem programu in vitro w Łódzkiem.

No cóż, rozumiem, że u p. Borsa jest smuteczek, gdy oponenci polityczni rozbijają jego inicjatywę, ale zupełnie nie można się zgodzić ze stwierdzeniem, iż powodem tego jest wyłącznie ideologia, bez podstaw merytorycznych. Do tej kwestii, jako lekarz, jeszcze wrócę w którymś z następnych wpisów.

A co do tych tysięcy podpisów, niewątpliwie w ich zbieranie lewica niechybnie się zaangażuje, bo taka akcja stanowić będzie dobre paliwo w roku wyborczym. Bo jak się nie ma zbyt wiele do zaoferowania, to na czymś przecież trzeba dojechać do tego lewacko-liberalnego parlamentu europejskiego.

Choć, tak na marginesie mówiąc, mam nadzieję, że po tych wyborach PE – tak dla równowagi – przesunie się jednak bardziej na prawo.

Bo jak nie, to czekają nas aborcje na żądanie i in vitro w jednym.

O tempora, o mores!

Autor: Filovera Septima

Łodzianka, lekarz, dziennikarz, pisarz, blogerka. Po prostu Filovera Septima.