Nie pytaj, kiedy bije dzwon. Bo bije on w weekend

Nie pytaj, kiedy bije dzown. Bo bije on w weekend

Cieszysz się, że już piąteczek? Że sobótka, że po prostu weekend? Błąd! Możesz nie doczekać poniedziałku.

Już od poniedziałku wszyscy marzą, by jak najszybciej nadszedł piątek, a potem sobota. Szczególnie ci, którzy w weekendy mają wolne i nie muszą gnać do pracy.

Ach, piąteczek, ach sobótka – na samą myśl czujemy miód w ustach, oczywiście pitny. A co, jeśli ten weekend, na który zwykle tak czekamy, będzie naszym ostatnim?

Brzmi okrutnie. Czujemy się, jakbyśmy dostali obuchem w łeb, aż nam się zakręciło w głowie. Odganiamy tę myśl – a kysz a kysz. I uspokajamy siebie – przecież w weekend sobie odpocznę, zażyję ruchu na bardziej lub mniej świeżym powietrzu, może nawet wyjadę w góry i wejdę wreszcie na ten szczyt, mimo że ledwo włażę na drugie piętro, ale co mi tam – myślimy – pokażę, co potrafię.

No dobrze, myślimy, w góry się jednak nie wybiorę, ale na osiedlowy basen na pewno i co najmniej pięćdziesiąt długości zaliczę. A wieczorem odstresuję się przy lampce albo dwóch wina – najlepiej tego zdrowszego, czerwonego.

Bo cóż mi może grozić – zadajemy sobie retoryczne pytanie – w weekend gorszego niż w każdy inny dzień tygodnia, gdy tak gnam od rana do wieczora i haruję na te góry, wino i basen i kilka pomniejszych potrzeb?

Jak tam, panie, w Ameryce?

A jednak. Teraz uwaga – zabrzmi mądrze! Amerykańskie Center for Disease Control and Prevention ostrzega, że ryzyko zgonu w weekend jest większe niż w tygodniu, a najgorzej z tym jest w sobotę.

Z badań wynika, że w weekendy Amerykanie są bardziej skłonni do ryzykownych zachowań związanych z nadużywaniem substancji psychoaktywnych i sportem, gdy po tygodniach siedzenia za biurkiem czy telewizorem postanawiają sobie udowodnić, że są zdolni do niezwykłych wyczynów.

Hola, hola, ktoś powie, to są badania amerykańskie, a tam, jak wiadomo, jest inaczej niż w Polsce. (O czym wkrótce Polacy będą się mogli przekonać na masową skalę, bo Trump wizy zniósł).

A po za tym, te nasze plany o górach na weekend i basenie, to tylko plany, więc spokojnie, my tam sobie tutaj posiedzimy przed telewizorem na kanapie, bezpiecznie, przytulnie, w ramionach żony/męża lub niekoniecznie. Uff, od razu się czujemy lepiej.

A w tej Ameryce to strasznie mają – myślimy – umierać w sobotę? Zgroza! My tu przecież żyjemy inaczej i nam jakieś amerykańskie weekendowe zgony nie grożą.

A tu jest Polska…

I tutaj smutna wiadomość. Poważne czasopismo „Menedżer Zdrowia”, odnosząc się do wspominanego ostrzeżenia CDC, zapytał ekspertów, jak ta sprawa wygląda w Polsce. A eksperci na to – że, no cóż, nie wygląda to dobrze.

Bo powodem dla którego odnotowuje się w weekendy więcej zgonów nie są tylko nasze przyzwyczajenia, ale też… organizacja opieki zdrowotnej w Polsce.

Pani ekspert Ewa Książek-Bator, członek zarządu Polskiej Federacji Szpitali wyjaśniła to tak:

Sądzę, że nie różnimy się tu od Ameryki. Co do pacjentów Amerykanie wymieniają ofiary nadmiernych wyczynów sportowych i ofiary używek. Szczególnie wyróżniłabym tu szczególną podgrupę: a więc tych, którzy jednocześnie spożywają alkohol i próbują po nim dokonywać wyczynów sportowych. W organizacji pracy naszej ochrony zdrowia też postępujemy dość nonszalancko. W praktyce zamiera POZ i AOS. Pomoc wieczorowa i świąteczna jest niewydolna. W szpitalu, w którym kierowałem, w dni wolne notowaliśmy wzrost o 30 proc. liczby pacjentów SOR. Staraliśmy się to zrekompensować wzmocnioną obsadą, ale nie zawsze to wystarczało. Gdy do tego dodamy jeszcze mentalność sporej liczby pacjentów, która mimo tego, że zauważa u siebie niepokojące objawy – chce doczekać do końca weekendu i iść do „swojego” lekarza: rzeczywiście jest się czego bać.

Ale żeby nie było, że to tylko teraz jest tak źle, a kiedyś było lepiej. Nic z tych rzeczy. Piątek, sobota i niedziela, czyli po polsku koniec tygodnia, zawsze były dniami krytycznymi, jeśli chodzi o opiekę medyczną.

Starzy lekarze, czyli ci, którzy znaczną część swojej kariery zawodowej umoczyli w PRL-u, pamiętają, że nie daj Boże było trafić do szpitala np. w piątkową noc. Także wówczas bywało, że na dyżurze była mniejsza obsada niż w tygodniu, a pewnych badań w ogóle nie można było zrobić w weekend (a jeszcze pewniejszych nie można było zrobić niezależnie od dnia tygodnia).

Co miał do dyspozycji lekarz? Szkiełko i oko oraz intuicję. O ile nie była przyćmiona za bardzo alkoholem. Bo co jak co, ale ten problem w PRL-u był dość powszechny i tolerowany. Dziś na szczęście już nie.

Weekend szpitalny w PRL-u

I tutaj pozwolę przytoczyć sobie pewną powiastkę, jaką usłyszałam od jednej pani doktor, obecnie już na emeryturze, ale będącej chodzącą skarbnicą wiedzy na temat „jak tam w PRL w szpitalu było”.

Rzecz działa się w latach 70. Nastał jeden z tych ponurych, listopadowych piątków. Bardzo późni wieczór. Trzeci czy czwarty samodzielny dyżur na internie i kolejne przyjęcie na oddział – tym razem pacjent z bólami brzucha.

Młoda lekarka pamiętała dobrze ze studiów, że najpierw trzeba wykluczyć tzw. ostry brzuch. Objawy podpadały pod to rozpoznanie. Pomyślała więc, słusznie resztą, o konsultacji chirurgicznej. Zadzwoniła do gabinetu lekarskiego na chirurgię – nic, nikt nie odbiera.

Poszła na oddział, pokój zamknięty. Myśli – pewnie są na bloku i operują. Już zamierzała pędzić na blok, by zbadać sytuację, gdy przyuważyła ją doświadczona pielęgniarka. Widząc zagubienie nieopierzonej lekarki, podeszła do niej i zapytała, czy szuka chirurga.

– Tak – odpowiedziała lekarka i widząc zainteresowanie pielęgniarki, zapytała – a czy są na bloku i operują?

– Na bloku? – zapytała siostra – A jakże, są, ale nie operują.

– A co robią? – drążyła temat w swej naiwności medyczna młódka.

– A, tego to ja już pani nie powiem, ale niech pani sama sprawdzi – uśmiechnęła się tajemniczo pielęgniarka i poszła sobie.

Lekarka zeszła na blok i zaczęła szukać doktorów. Sale operacyjne puste, cisza, tylko monotonny szum aparatury, do której byli podłączeni niczego nieświadomi pacjenci na OIOM-ie.

Wtem dobiegły jej uszu jakieś głosy z końca korytarza. Poszła za głosami, stawały się one coraz wyraźniejsze, do tego w tle jakaś muzyka, śmiech. Na końcu korytarza był pokój, na nim napis „Osobom obcym wstęp wzbroniony”.

Myśli lekarka – obca nie jestem, przecież pracuję w tym szpitalu co prawda niecałe dwa miesiące, ale jednak. Zapukała więc do drzwi, nic. Otworzyła je i wtem jej oczom ukazał się taki oto widok: na środku pokoju duży stół, na nim talerze z dość marną szpitalną zagryzką, wśród talerzy – butelka do połowy pusta (albo do połowy pełna, jak kto woli) z czerwoną etykietką, a wśród tej zastawy, na samym środku stołu – kręci się cała w pląsach ponętna pielęgniarka.

Wokół stołu siedział zespół dyżurowy z chirurgii i intensywnej terapii. Żeby nie było, że tylko lekarski, o nie, pielęgniarski także i oczywiście instrumentariuszki.

No cóż, nastała minuta ciszy, po której młoda lekarka zapytała grzecznie, czy jakiś chirurg obejrzy brzuch jej pacjenta, bo chyba jest ostry, brzuch oczywiście.

Całe towarzystwo było trochę skonfundowane, bo któż to ona jest – może jakaś podstawiona i doniesie do dyrekcji? Nie wdając się więc w dyskusję, jeden z chirurgów wstał i poszedł do pacjenta. Brzuch obejrzał, na szczęście operacja nie była potrzebna. Pacjent weekend przeżył.

W tamtych czasach nie był to odosobniony obrazek. W tamtych czasach po prostu mniej się o tym mówiło. A o ryzyku z tym związanym nie mówiło się wcale.

A teraz?

Teraz ogromnym problemem jest to, że nawet gdyby chcieć zapewnić pełną obsadę lekarską na weekendowych dyżurach i, jak proponuje ekspert, spowodować, by szpital pracował pełną parą 24 godziny na dobę i siedem dni w tygodniu, łącznie z przeprowadzaniem w weekend planowych zabiegów i operacji, przyjmowaniem i wypisywaniem pacjentów, to nie da rady.

Nie ma w Polsce tylu lekarzy.

Wielu już wymarło, pracując np. pięć dni pod rząd bez odpoczynku, bo nie było jak zapewnić obsady dyżurowej, a czuli się w obowiązku nie odmawiać.

Inni wyjechali i już nie wrócą – być może umrą zagranicą, ale większy majątek po sobie zostawią dzieciom.

Inni trzymają się sztywno prawa: 48-godzinny tydzień pracy i koniec.

A jeszcze inni pracują prawie bez przerwy, w różnych miejscach.

Moi drodzy. Dajmy więc sobie i lekarzom żyć i szczęśliwie doczekać do znienawidzonego poniedziałku – i nie chorujmy w weekend!

Ale jakby ktoś tak bardzo chciał iść wówczas do szpitala, to niech go odstraszy napis: „Minister zdrowia ostrzega – chorowanie w weekend grozi śmiercią”. A że nie ma go jeszcze nad wejściem? To może czas go tam umieścić? To oczywiście żart i to dość ponury.

A tak na poważnie, to wiem, że jest czas na zmiany – i to pilne – tym razem w służbie zdrowia. Zmiany, które spowodują, że w Polsce będzie więcej lekarzy, lepsza organizacja pracy, mniejsza biurokracja i przeciążenie pracą, by zmęczenie personelu nie zagrażało pacjentowi. I zacznijmy je już od poniedziałku, no dobrze, od następnego zaraz po wyborach.

Ale zacznijmy je też od siebie, i to od jutra, po prostu żyjąc zdrowiej, gdyż lekarzy w Polsce tak szybko nie przybędzie, by już wkrótce weekendy nie były nam straszne.

Autor: Filovera Septima

Łodzianka, lekarz, dziennikarz, pisarz, blogerka. Po prostu Filovera Septima.