Podróżowanie zaczyna się od wnętrza

Podróżowanie zaczyna się od wnętrza

Podróżować każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej, więc podróżowanie zaczynam i ja. Dotychczas podróżowałam niewiele, choć w tym przypadku pojęcie niewiele, to rzecz względna.

Ot,  kilka razy byłam we Włoszech, w Anglii, Niemczech, na Ukrainie, na Litwie, w Bułgarii, nad polskim morzem, w polskich górach i kilku innych miejscach, ale wszystko w obszarze europejskim.

Żadnych podróży egzotycznych, a przyznam, że marzy mi się wielka wyprawa do Afryki i – dla kontrastu – w głąb Rosji, najlepiej koleją transsyberyjską, aż po sam Ural.

I w ogóle od kilku miesięcy marzą mi się podróże. Jednym słowem mam przesyt osiadłego trybu życia – przynajmniej na kilka tygodni w roku. I mam też konkretne plany. I to ambitne.

Dokładnie jakie, to jeszcze trochę za wcześnie, by o nich mówić. Na razie rozpoczęłam przygotowania, gdyż realizacja moich planów wymaga dobrego zdrowia, kondycji i zapoznania się z pewnymi nowymi dla mnie kwestiami. Zwieńczenie przegotowań, mam nadzieję, nastąpi w przyszłym roku.

Aby jednak już teraz ruszyć się z miejsca, jeszcze w tym roku chcę odwiedzić kilka miejsc – w Polsce i zagranicą. I np. we wrześniu wybieram na pielgrzymkę śladami św. Pawła do Grecji.

***

Ale przecież podróże nie muszą być wielkie i tylko zagraniczne, nie muszą to być tylko podróże życia, mogą być też małe, wręcz maleńkie, choćby po najbliższej okolicy – jak moja sentymentalna podróż rogowską wąskotorówką – lub w rodzinne strony.

Bo podróżowanie zaczyna się od wnętrza. Bo podróżowanie to nie tylko przemieszczanie się w przestrzeni, docieranie z punktu A do punktu B, w pogoni za innym, jak zwykle mniemamy, cudownym światem, ale to przede wszystkim bycie w drodze i doświadczanie przemiany.

Dla mnie podróżą był też piątkowy wyjazd do wujostwa, w rodzinne strony mojej Mamy, tam, gdzie kiedyś żyli moi Dziadkowie, czyli na wieś Pszczółki.

Wieś to niewielka, liczy sobie może ze 30 domów, i znajduje się zaledwie 50 km od Łodzi, którą to odległość pokonuje się samochodem w niecałą godzinę.

Ale jednocześnie jest ona dziesiątki lat mojego życia od mojego dzieciństwa. Bowiem tu spędzałam co roku u Dziadków większą część moich szkolnych wakacji. I był to cudowny czas.

***

Każdy taki wyjazd do Pszczółek, to dla mnie podróż pełna wspomnień i, co ciekawe, odkrywania wciąż na nowo dobrze znanych mi okolic.

Bo przecież stare dukty leśne, którymi kiedyś, jako dziecko, przemykałam na rowerze, dziś porosły już drzewami, a pojawiły się inne – jakże więc nie zbadać, dokąd teraz prowadzą?

Bo przecież tam, gdzie kiedyś był młodnik, dziś jest dojrzały, jak ja, las.

Bo przecież rzeczka, która kiedyś miała zawsze dobrze wykoszony z trawy brzeg, dziś już zarosła bagiennymi roślinami.

Bo przecież przez te lata nowe zawitało na wieś – domy w większości są odmalowane, podwórka wysprzątane, obornikiem nie czuć, samochody w każdej prawie zagrodzie stoją, ale sama wieś jest niczym jak ta stara szczęka, w której brakuje zębów, a inne już się ledwie trzymają.

Bo niektórych domów już nie ma, rozsypały się pod ciężarem czasu z braku gospodarskiej ręki i pozostały po nich tylko prześwity, przez które widać łąki i pola. A i te są już inne. Jakby puste, nie ma na nich ani krów, ani koni, maszyn rolniczych też mało.

Choć przez te lata we wsi zaszły zmiany, to jednak wciąż na rozstaju dróg stoi przydrożna kapliczka, przy której ręce same robią znak krzyża.

Wciąż słychać szczekanie psów i wciąż czuć rytm natury.

I co najważniejsze, wciąż tak samo mało, jaki dawniej, trafia tu ludzi z wielkich miast i nie niszczą tego spokoju smukłych sosen, pełni życia leśnego poszycia, gęstwiny liściastego lasu, statecznego upału piaszczystego pagórka, radosnego szemrania strumyka.

I niech tak zostanie.


Wspomnienie z Pszczółek

Autor: Filovera Septima

Łodzianka, lekarz, dziennikarz, pisarz, blogerka. Po prostu Filovera Septima.