Postęp i rozczarowanie

Możliwości medycyny zabiegowej wydają się dziś prawie nieograniczone. Oczywiście “prawie” czyni wielką różnicę, więc ta nieograniczoność jest raczej metaforą postępu niż dosłownością. Raczej punktem odniesienia do tego, co było 100 lat temu, ba, nawet zaledwie 30 lat! A patrząc wstecz – jest przepaść!

Bo czyż nie budzą podziwu operacje, w których dokonuje się przeszczepu więcej niż jednego narządu naraz, jak np. przeszczepu wątroby i obu płuc u 21-latka chorego ma mukowiscydozę, który daje mu szansę nie tylko na o wiele dłuższe życie, ale – co ważne – na życie o zupełnie innej jakości?

Czyż nie budzą podziwu operacje, w których dla odmiany z powodu raka usuwa się u młodej kobiety cały, tak bardzo niezbędny narząd – trzustkę, ustawia leczenie, a potem ta kobieta może jeszcze cieszyć się szczęściem życia i zostania matką, o czym pisałam w artykule “Rak nie wyrok. Drugie życie, nawet dwa“?

Czyż nie chwytają za serce historie, w których dzieci po operacji na sercu z powodu ciężkiej wady wrodzonej serca dożywają w zdrowiu dorosłości i potem mają swoje dzieci, jak np. pani Emilia, o której pisałam w tekście “Wada serca – dwa życia dzięki jednej operacji“?

Takich przykładów można wyliczać jeszcze wiele i zachłystywać się sukcesami. Bo naprawdę jest czym.

To są często piękne historie o szczęśliwym zakończeniu, a w zasadzie początku nowego życia. To są historie będące efektem trudu wielu lekarzy, którzy doskonalili latami swe umiejętności, i wynikiem woli życia i siły tych pacjentów, którzy lekarzom zaufali.

A jednak ten spektakularny postęp, jaki się dokonuje w medycynie w zakresie leczenia chirurgicznego, rodzi jednocześnie rozczarowanie w tych sytuacjach, gdzie nóż chirurga na nic się zda.

Bo w jakże wielu chorobach, mimo postępu, medycyna jeszcze jest bezradna. I jakże bezradny jest człowiek, który z chorobą nie dającą nadziei – swoją lub kogoś bliskiego – musi się zmierzyć.

Jedną z takich chorób jest np. choroba Alzheimera, która po kawałku, ale systematycznie i nieubłaganie zabiera coraz więcej osób w świat niepamięci, która zmienia je nie do poznania, która gasi tożsamość.

I która potrafi wywrócić życie do góry nogami także bliskim osoby chorej, podejmującym się nad nią opieki.

A jest to zadanie trudne, bywa że niewdzięczne, często frustrujące, wpędzające w samotność.

Piszę o tym, gdyż od pewnego czasu jestem członkiem i pod ogromnym wrażeniem pewnej grupy na FB pod nazwą Demencja, Alzheimer, otępienie starcze. Grupa ta ma charakter grupy wsparcia i, jak sądzę, w większości jej członkami są bliscy i opiekunowie osób cierpiących na wymienione w nazwie grupy schorzenia.

Choć nie jestem opiekunem, to jako lekarz z uwagą czytam wpisy zamieszczane na grupie, niezwykle praktyczne i dające wiedzę o tym, jak sobie poradzić z problemami.

A tych jest mnóstwo. I przyznam, że z wielu nie zdawałam sobie sprawy! I co ważne, nie miałam pojęcia, jakie pomysłowe mogą być niektóre rozwiązania, będące wynikiem obserwacji opiekuna i próby zrozumienia chorego i choroby.

To właśnie wpisy na grupie zainspirowały mnie też, by podzielić się pewną historią i napisać tekst pt. “Żółte karteczki. Przepis na życie bez pamięci“.

Ale jestem pod wrażeniem tej grupy także ze względu na szczerość wpisów, co ciekawe, mających czasem nawet literacki charakter – ze względu na swoją plastyczność i wielowymiarowość. Wpisów, które chwytają za serce, zaskakują, a bywa też, że wywołują uśmiech. Bo życie to nie same smutki.

Czytając wpisy, nie mam wątpliwości, że tam, gdzie nóż chirurga pomóc nie może i medycyna naprawcza – co do wyleczenia – jest bezradna, niezastąpiona staje się jakże mało spektakularna medycyna opiekuńcza, a rola opiekun jest nie do przecenienia.

Oby tylko na tym polu bitwy o każdy dzień nie musiał on być sam.