Sor (ry)! Tu ratuje się życie. Czyli schody, schody…

Sor (ry), tu się ratuje ludzkie życie

W całej Polsce ruszyła – przygotowana przez samorząd lekarski – kampania społeczna skierowana do pacjentów pod hasłem „SOR (RY) TU RATUJE SIĘ ŻYCIE. Nie odbieraj innym szansy”, mająca na celu uświadomienie, że zgłaszanie się na SOR z niegroźną dolegliwością może odebrać szansę chorym w stanie zagrożenia życia.

Plakaty kampanii (jak poniżej), przygotowane przez izbę lekarską, trafią do wszystkich szpitali, by tam zawisnąć w izbach przyjęć, poradniach i na SOR-ach, gdzie przychodzi największa liczba pacjentów.

Lekarze chcą w ten sposób uświadomić pacjentom, że zajmując niepotrzebnie w kolejce miejsce na SOR, można odebrać komuś szansę na życie.

Tak o istocie kampanii mówił na konferencji prasowej dr Paweł Czekalski, prezes Okręgowej Izby Lekarskiej w Łodzi.

– Szpitalne Oddziały Ratunkowe w całym województwie są mocno przeciążone. Przyczyną jest przede wszystkim napływ pacjentów, którzy nie wymagają natychmiastowej pomocy ani nie są w stanie zagrożenia życia. Nawet najlepiej zorganizowny SOR przy takim, jak obecnie, oblężeniu pacjentów będzie niewydolny. Z jednej strony doskonale rozumiemy pacjentów, którzy przez niewydolny system czekają na wizyty w wielomiesięcznych kolejkach, dlatego jako lekarze nie odmawiamy pomocy, ale chcemy uczulić pacjentów, że lekarzom, którzy udzielają konsultacji na SOR-rze, może zabraknąć czasu na pomoc pacjentom, którzy są w stanie zagrożenia życia. SOR powinien być miejscem udzielania pomocy wyłącznie w stanach zagrożenia życia lub nagłego zachorowania.

JSOR(RY). Tu się ratuje zycieak też dodał, pacjenci w sytuacjach niezagrażających życiu mogą skorzystać z alternatywnych form opieki: poz i nocnej i świątecznej pomocy lekarskiej.

Nie sposób się z tym nie zgodzić. Tak, SOR został powołany do tego, by udzielać pomocy w stanach zagrożenia życia lub nagłego zachorowania. Ale pojawia się małe, a w zasadzie duże „ale”. Alternatywy dwie (cztery już były)  – poz i NPL – po prostu nie działają, jak powinny.  

Wyjaśnię to na przykładzie z życia wziętym, a dokładniej z mojego osobistego doświadczenia w kontaktach ze służbą zdrowia jako petent (no cóż, lekarze też stają czasem po drugiej stronie systemu).

***

Sor (ry), ale teraz moje doświadczenia…

Kilka tygodni temu pogorszył się stan Bliskiej Mi Osoby, która od miesięcy choruje na raka. Uznałam, jako lekarz, że konieczna jest ponowna wizyta w poradni onkologicznej.

I tu zaczęły się schody

Termin, jaki początkowo wyznaczono, był za… dziesięć miesięcy. No cóż, pomyślałam, tak nie może być i przyznaję się bez bicia, zadzwoniłam do kolegi onkologa z prośbą o pomoc i przyśpieszenie terminu, tłumacząc, że w mojej ocenie ta sprawa jest na cito, czyli przypadek pilny.

Po tym telefonie udało się skrócić czas oczekiwania na wizytę do trzech tygodni. Bliska Mi Osoba zgłosiła się do poradni, ale na niewiele się to zdało, gdyż jak się okazało, teraz trzeba będzie czekać na badanie CT, którego wynik ma zadecydować, co dalej.

Ok, pomyślałam, z lekarskiego punktu widzenia to logiczne, że potrzebna jest pogłębiona diagnostyka. Ale przyznam, że nie to było istotą problemu, ale to, że choroba weszła w fazę uciążliwych objawów takich jak ból i depresja. I z tymi objawami Bliska Mi Osoba została odesłana do… lekarza podstawowej opieki zdrowotnej.

Drugi raz pomyślałam, ok, przecież lekarz poz zna się na medycynie i jakoś temat ogarnie. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że to nie takie proste, bo, primo, lekarz poz Bliskiej Mi Osoby jest na długotrwałym urlopie, secundo, lekarz go zastępujący nie zna pacjentki, a poza tym stwierdził, że powinna być ona leczona w poradni onkologicznej, bo on w poz niewiele może pomóc. A sytuacja z dnia na dzień pogarszała się.

I nadszedł dzień…

…gdy mimo moich działań (bo jako lekarz internista nieprowadzący prywatnej praktyki lekarskiej wypisałam już wszystkie możliwe leki przeciwbólowe, które mogłam na receptę „pro familia”) – musiałam sięgnąć po telefon i zadzwonić na… pogotowie.

Dodam, że nie miałam wyjścia, gdyż z Bliską Mi Osobą był mój syn, nie-lekarz, a ja byłam daleko poza miejscem zamieszkania i nie mogłam sama ocenić, czy stan Bilskiej Mi Osoby nadaje się, czy nie, do tego, żeby dzwonić już po pogotowie.

Musiałam oprzeć na tym, co mówił mi syn przez telefon, a jego informacje były niepokojące – ból był tak silny, że uniemożliwiał jakiekolwiek poruszanie się Bliskiej Mi Osoby, z którą kontakt stawał się coraz trudniejszy, bo nie działały już żadne doustne leki i to w dużych, graniczących z ryzykiem licznych powikłań dawkach.

Zadzwoniłam więc na pogotowie. Początkowo dyspozytor przyjął zgłoszenie, ale po kilku minutach oddzwonił, że jednak koordynator zweryfikował je i odrzucił, jako nienadające do wyjazdu karetki. Dodam, że Bliska Mi Osoba nie mieszka w mieście, ale w jednej z maleńkich miejscowości w odległości ok. 30 minut jazdy samochodem do większego miasta. Zadzwoniłam więc jako lekarz do koordynatora.

Przyznam, że zachował się bardzo grzecznie i rzeczowo i ustaliliśmy, że spróbuję najpierw ściągnąć na wizytę domową lekarza z nocnej i świątecznej pomocy lekarskiej (NPL), a jak to nie pomoże, to wówczas koordynator wyśle karetkę. Zadzwoniłam więc do NPL z prośbą o pomoc.

I tu, niestety, było wielkie rozczarowanie. Lekarz powiedział, że nie ma… samochodu, by przyjechać na wizytę, i mam się zgłosić z Bliską Mi Osobą w poniedziałek do poz, a dodam, że to wszystko działo się w pewien piątek ok. 22.00.

Sor (ry), ale nie mogłam odpuścić

Wyjaśniłam, jako lekarz, jaka jest moja ocena sytuacji – całej rozmowy przytaczać nie będę, bo nie była miła, choć nadal kulturalna. Ostatecznie lekarz NPL zdecydował się przyjechać (to miał auto, czy go nie miał?) jak tylko zaopatrzy pacjentów, którzy czekali u niego na miejscu. Ok, to było dla mnie absolutnie zrozumiałe.

Rzeczywiście za dwie godziny przyjechał, co ważne, już z zupełnie innym nastawieniem, tłumacząc nawet tę pierwszą odmowę trudną sytuacją z NPL. Nawet go trochę rozumiałam, choć nie usprawiedliwiałam tak obcesowego i bezrefleksyjnego odesłania do poz – bo to „tylko ból”.  Wizyta zakończyła się podaniem silnych zastrzyków i wypisaniem recept. Wiedziałam, że to jest działanie doraźnie i tak naprawdę muszę już szukać pomocy w poradni leczenia bólu i opiece hospicyjnej.

W międzyczasie nadszedł termin badania CT i tu zaczęły się kolejne schody. Badanie było wyznaczone na 17.15. Przyjechaliśmy do szpitala i zaczęły się moje poszukiwania wózka, którym mogłabym przewieźć Bliską Mi Osobę od samochodu z parkingu do pracowni CT. Jak się okazało, izba przyjęć części onkologicznej jest czynna tylko do godz. 15. A tylko stamtąd mogłam wziąć wózek, więc po 17 było to już niemożliwe.

Poszłam więc na jeden z oddziałów, by pożyczyć wózek. Już nie będę pisać o tym w szczegółach, ale dopiero po tym, jak ponownie przedstawiłam się, że jestem lekarzem i zostawiłam kartkę z imieniem i nazwiskiem oraz numerem telefonu pielęgniarka zlitowała się na nade mną i wózek pożyczyła (za co jestem jej wdzięczna).

Niestety, oczekiwanie na badanie się przeciągało, a pielęgniarka musiała o godz. 19 zdać dyżur i… wózek, na którym wciąż siedziała Bliska Mi Osoba. I przez moment sytuacja była patowa, tym bardziej, że po tym badaniu zamierzałam – dodam, że z pełną premedytacją i determinacją – podejść jeszcze na SOR, by lekarz podejrzał wynik badania (na opis którego trzeba czekać 10 dni) i zobaczył, czym faktycznie spowodowane są tak silne bóle.

Gdy tak dyskutowałam z pielęgniarką i obsługą CT, co dalej z tym nieszczęsnym wózkiem, jedna z pań pielęgniarek poradziła mi, abym zadzwoniła po… uwaga! po pogotowie! które przewiezie Bliską Mi Osobę spod drzwi CT do odległego o jakieś 100 metrów SOR.

No cóż, już widzę tę przyjeżdżającą karetkę. Szczęśliwe skończyło się jednak na tym, że sprawę wózka przejęła wraz dyżurem kolejna pielęgniarka z oddziału, z którego go pożyczyłam.

Doczekaliśmy jakoś do końca badania, a potem podziemnym przejściem łączącym dwa budynki szpitalne pojechałam z Bliską Mi osobą na SOR. Jak się okazało na podglądzie badania CT, bóle są spowodowane patologicznym złamaniem jednej z kości w miejscu przerzutu. Bliska Mi Osoba dostała wreszcie zastrzyk z morfiny i po raz pierwszy od tygodnia widziałam na jej twarzy rzeczywistą ulgę w cierpieniu.

Było już jasne, jakie leczenie może być skuteczne. Dlatego już na następny dzień umówiłam wizytę w poradni leczenia bólu (pierwotnie termin był na za tydzień, ale na szczęście udało mi się dostać do poradni wcześniej).

O poradni leczenia bólu, do której trafiłam z Bliską Mi osobą, nie powiem złego słowa, wręcz przeciwnie, samo dobre. Przemiła obsługa i pełny profesjonalizm i to w stosunku do wszystkich chorych.

Pani doktor pomyślała o każdym aspekcie leczenia bólu (i wszelkich powikłań), który w takich przypadkach staje się chorobą samą w sobie. Jeszcze tego samego dnia udało mi się także załatwić opiekę hospicjum domowego, czyli wizyty lekarza i pielęgniarki w domu pacjenta. I teraz już dajemy radę.

Dlaczego opisałam tę historię?

By pokazać, że nie wszystko zależy od pieniędzy, ale wiele zależy od podejścia lekarzy i pielęgniarek do problemów chorego i jego rodziny oraz organizacji opieki w placówce.

Takim symbolem organizacyjnej bezmyślności jest rzeczony wózek. Powiem wprost, gdybym nie była lekarzem, obawiam się, że nie wymogłabym na pielęgniarce pożyczenia mi tego wózka z oddziału, a innego o tej porze nie było. Musiałabym chyba wziąć Bliską Mi Osobę na ręce i przenosić z jednego miejsca na drugie. Co było po prostu niemożliwe.

W tym miejscu dziękuję wszystkim tym, którzy okazali nam życzliwość i zrozumienie: pielęgniarce z oddziału, lekarzowi SOR, pani doktor i pielęgniarce z poradni leczenia bólu oraz hospicjum.

Sor (ry)…

A wracając do głównego tematu wpisu, czyli kampanii „SOR (RY) TU RATUJE SIĘ ŻYCIE. Nie odbieraj innym szansy”.

No cóż, idea może słuszna, ale efektów nie będzie, dopóki nie zacznie działać jak trzeba poz i NPL.

Sprawa jest bowiem dużo bardziej skomplikowana niż tylko „niedouczenie” pacjentów, że z katarem to co najwyżej idzie się do lekarza POZ, a najlepiej to posiedzieć w domu.

I do tego tematu jeszcze wrócę.

Autor: Filovera Septima

Łodzianka, lekarz, dziennikarz, pisarz, blogerka. Po prostu Filovera Septima.