Tak uśmiechają się anioły

Tak uśmiechają się anioły

Dzień zaczął się nerwowo. Po zarwanej nad książką nocy zaspałam i spóźniłam się do pracy. W poradni przed gabinetem siedzieli zapisani na ten dzień pacjenci, z napięciem mnie wyczekując.

Każdy chciał wejść jak najszybciej, każdemu się spieszyło, aż powietrze zgęstniało od zniecierpliwienia.

– Bardzo państwa przepraszam – powiedziałam ze skruchą i rozejrzałam się po korytarzu. Trochę na uboczu stała dobrze starsza pani, drobna, nieco przygarbiona, z mocnymi liniami zmarszczek wokół ust i oczu.

Była pierwsza w kolejce i niezwykle spokojna. Jak źdźbło trwy w bezwietrzny, mglisty, jesienny poranek.

– Zaraz panią poproszę – powiedziałam i weszłam do gabinetu. Szybciutko założyłam mundurek, wyjęłam z torby pieczątkę i stetoskop, włączyłam komputer. Po chwili poprosiłam starszą panią do środka.

– Proszę usiąść. – Wskazałam krzesło przy biurku. – W czym mogę pani pomóc? – zapytałam. – Starsza pani usiadła, wyjęła z torby opakowanie leku i zaczęła mi wyjaśniać powód swojej wizyty.

Przyszła do mnie, by jak co roku zaszczepić przeciwko grypie, ale pielęgniarka miała wątpliwości, czy biorąc lek, którego opakowanie przyniosła, może to zrobić.

Lek był onkologiczny, pacjentkę wiedziałam pierwszy raz, więc zapytałam, z jakiego powodu go bierze. I starsza pani zaczęła swoją opowieść.

Że przez lata chodziła regularnie do pewnej przychodni na mammografię. Że za każdym razem mówiono jej, że w piesiach jest wszystko dobrze. I że wszystko toczyło się zwyczajnym rytmem.

Do czasu. Do momentu, gdy z powodu przeprowadzki zmieniła także poradnię, by mieć bliżej.

Gdy nadszedł termin badania, poszła już w nowym miejscu na mammografię. I jakież było jej zaskoczenie, gdy się okazało, że w piersi ma guza! Co gorsza, był on już widoczny w poprzednich badaniach. I był to rak, którego niestety ktoś wcześniej przegapił.

Działo się to kilka lat temu. I już nic nie szło swoim dotychczasowym rytem. Zaczęło się leczenie onkologiczne, które przejmuje całkowitą kontrolę nad codziennością. Pacjentka przeszła zabieg, chemioterapię, a teraz bierze lek, z którym przyszła do mnie po poradę, co do szczepienia.

“To straszne” – myślałam, słuchając jej historii i przyglądając się jej twarzy w poszukiwaniu śladów rozpaczy. Ale nie było w niej ani rozpaczy, ani złości, ani nawet niszczącego żalu – choć to, co ją spotkało, zupełnie usprawiedliwiałoby takie emocje.

Były natomiast siła i spokój – w głosie, mimice twarzy, ruchach ciała.

Był ten rodzaj spokoju, który mimo trudnych doświadczeń wynika z wdzięczności, że choć jest się na granicy życia i śmierci, to nadal jest się po stronie życia.

Był ten rodzaj siły, z którą wszystko jest możliwe, a nawet jak nie jest, to każdy dzień jest darem i dopóki się żyje, wszystko jest możliwe.

Ale, jak zrozumiałam to później, to nie było jedyne źródło jej siły i jej spokoju.

A mną targał smutek i żal, że coś takiego w ogóle mogło się zdarzyć, i zabrakło mi słów, by to wyrazić. Starsza pani jakby czytała w moich myślach – a może w moich oczach? – bo powiedziała:

– Pani doktor, było mi trudno, ale najważniejsze, że  na razie czuję się dobrze, leczenie przynosi efekty, dbam, by się chorować, dlatego chodzi mi o to szczepienie.

Zbadałam więc pacjentkę i jeszcze raz dokładnie przejrzałam charakterystykę produktu leczniczego. Nie było przeciwwskazań do szczepienia. Wypisałam zaświadczenie i podałam pacjentce.

– Czy mogę uścisnąć pani dłoń, pani doktor? – zapytała nagle.

– Oczywiście! – odparłam i podałam rękę.

Starsza pani, trzymając moją dłoń, przyglądała mi się z łagodnym uśmiechem na twarzy. Zmarszczki ułożyły się na niej w słoneczne promienie, a oczy zaświeciły ciepłymi iskierkami.

– Niech panią Bóg prowadzi, pani doktor – powiedziała do mnie pacjentka, trochę niepewnym głosem, ale wciąż z uśmiechem.

– Panią również niech Bóg ma swojej opiece – odparłam i poczułam jakąś miękkość przy sercu.

– Dziękuję, że pani tak mówi, dziś to się rzadko zdarza – westchnęła pacjentka i dodała: – I niech się pani nie martwi, pani doktor. Będę się za panią modlić.

Poczułam w oczach łzę.

Starsza pani znowu się uśmiechnęła.

A ja pomyślałam. Tak uśmiechają się anioły.

Autor: Filovera Septima

Łodzianka, lekarz, dziennikarz, pisarz, blogerka. Po prostu Filovera Septima.