Wyszło życie, śmierć została

Wyszło życie, śmierć została

Ludzie codziennie umierają – to banalne stwierdzenie niepodważalnego, biologicznego faktu rozprasza śmierć na nieskończoną liczbę istnień. A wówczas nie możesz myśleć o wszystkich, więc nie myślisz, po prostu przyjmujesz do wiadomości. Przecież każdy z nas musi umrzeć.

Gdy jednak umiera człowiek, choćby obcy, ale którego trzymasz za rękę, jako pacjenta, śmierć nabiera wyrazu – przyjmuje ludzką twarz tej jednej, jakże konkretnej osoby. Bywa, że pamiętasz ją już zawsze, choć znałeś zaledwie kilka minut, zamieniłeś z nią zaledwie kilkanaście słów, ale miałeś wobec niej plany – chciałeś uratować jej życie. A ono się nie dało.  

Było to 26 lat temu. Miałam wówczas 27 lat i byłam na pierwszym roku specjalizacji z chorób wewnętrznych. Od trzech miesięcy dyżurowałam na oddziale internistycznym, na który trafiały też ostre stany kardiologiczne. W ramach interny była wydzielona sala intensywnego nadzoru „R” z monitorowaniem funkcji życiowych.

Był piątek, ok. 23. Z „erki” dochodziło monotonne pikanie kardiomonitora podłączonego do 72-letniego pacjenta. Drugie łóżko stało puste. Ktoś w głębi korytarza, idąc do łazienki, szurał kapciami. Z dyżurki pielęgniarskiej dochodził dźwięk łamanych szklanych fiolek – to pielęgniarka szykowała leki dla niedawno przyjętego chorego – już dziewiątego na tym dyżurze.

Ja  szłam właśnie zajrzeć do pacjentki, którą rozbolała głowa, gdy na oddział, na łóżku transportowym wjechał pacjent – 34 letni mężczyzna. Koleżanka lekarka, doświadczona pani doktor z II stopniem specjalizacji z interny, która tej nocy pełniła dyżur na izbie przyjęć, powiedziała do mnie – podejrzenie zawału serca i przekazała papiery. Musiała wracać na izbę.

Wiedziałam, co mam robić. Pacjenta położyłam na wolnym łóżku na „erce”, podłączyłam co trzeba – monitor, kroplówkę, i zaczęłam zbierać wywiad. Miałam zwyczaj, że rozmawiając z pacjentem, siadałam obok niego i  brałam za rękę. To dawało poczucie obecności. Tak też zrobiłam i tym razem. Zaczęliśmy rozmawiać – pytałam, kiedy pojawił się ból w klatce piersiowej, o jakim charakterze, czy choruje na serce itd.

Jak się okazało, był to jego pierwszy incydent wieńcowy. Nic dziwnego, miał zaledwie 34 lata, a wieńcówka w tym wieku występuje rzadko. Minuty płynęły. A potem nagle jakby czas się na zatrzymał. Nie było już kolejnego uderzenia serca, fali tętna ani piknięcia kardiomonitora. Tylko jego ciągły dźwięk, a na ekranie linia izoelektryczna. Prosta jak autostrada do nieba.

Natychmiast podjęłam akcję reanimacyjną. Pielęgniarka wezwała, bo taka była procedura, zespół reanimacyjny z intensywnej terapii, który przejmował prowadzenie resuscytacji. Doktorzy przybyli na oddział już po niecałych dwóch minutach, tylko tyle potrzebowali, by wbiec z I na IV piętro szpitala. Reanimacja trwała ponad godzinę. Serce ani na chwilę nie podjęło pracy, ale nie chcieliśmy wcześniej dawać za wygraną – mężczyzna był przecież dopiero po trzydziestce!

Gdy już zapadła decyzja, że to jednak koniec, do sali „R” weszła pielęgniarka, szarpnęła mnie za rękaw i szepnęła do ucha: „Pani doktor, na korytarzu czeka jego żona z dziećmi”. Zamknęłam na chwile oczy, nabrałam głęboko powietrza i wyszłam z sali. Kilka metrów dalej stała kobieta z dwojgiem dzieci w wieku od ok. 5 do 7 lat. Spojrzałam na nią. A ona spojrzała ma mnie. I nie musiałam nic mówić – po oddziale rozszedł się jej krzyk: NIEEEE! Dwie dziewczynki, które trzymała za ręce, wystraszone zaczęły płakać, nie zdając sobie jeszcze sprawy z tego, że ich tata nie żyje.

To była ciężka noc. A za trzy tygodnie było Boże Narodzenie.

Tę noc zapamiętam na zawsze. Tak jak zawsze będę pamiętać twarz tego mężczyzny. Tak wyrazistą, jakby obrysowaną konturem, i choć martwą, to jakby żywą.

***

Gdy umiera człowiek bliski, jest rozpacz. Tak było wtedy, w tej rodzinie.

Ale także każdy z nas, lekarzy, musi mierzyć się ze śmiercią swoich chorych. I  oswajać , by móc pracować. Pięknie i mądrze  o śmierci i umieraniu pisał nieżyjący już znakomity lekarz specjalista chorób wewnętrznych prof. Andrzej Szczeklik w swojej książce “Kore. O chorych, chorobach i poszukiwaniu duszy medycyny”. Polecam ją każdemu, nie tylko lekarzom, bo pisząc o śmierci, Profesor przede wszystkim pisał o życiu.

Tamto pierwsze w mojej lekarskiej karierze, tak namacalne doświadczenie śmiertelności, poza wspomnieniem i refleksją pozostawiło jeszcze jeden ślad – skromny wiersz pt. “Reanimacja”.

Oto on:

 

reanimacja

czasem wracam tam myślami

bicie serca, tętno, oddech

wszystko jest

i tylko Śmierć czaiła się za drzwiami,

czekając, aż go dotknie

 

i doczekała się Biała Pani

ponurego zaspokojenia

ustało bicie, zatrzymał się oddech,

a ciało stało się wiotkie – nie do obudzenia

 

i gdy tak tchnieniem swoim

karmiłam martwe ciało

a kilka par rąk splecionych

obudzić je chciało

widziałam…

jak przez drzwi szpitala

wychodzi Życie

a Śmierć została

 

Reszta niech będzie milczeniem.  

Autor: Filovera Septima

Łodzianka, lekarz, dziennikarz, pisarz, blogerka. Po prostu Filovera Septima.