Gdy epidemia oddala…

Epidemia przyszła, a wena sobie poszła. Taki to u mnie bilans strat. Jeszcze do niedawna miałam tyle pomysłów na pisanie, a teraz wydają mi się one zupełnie nieważne.

Uwaga wszystkich, a na pewno zdecydowanej większości z nas, skupiona jest na koronawirusie i aż czuję się nieswojo, chcąc skierować ją na tak zwyczajne sprawy jak podróże, książki, pisanie, czy jakąkolwiek inną refleksję, niezwiązaną z epidemią.

Ale też przyznam, że jakoś nie mogę pisać tylko o niej i związanych z nią zagrożeniach. Tyle tego jest w mediach, internecie, codziennych rozmowach, że czuję się tematem wysycona po brzegi.

Może także dlatego, że epidemia dotyczy mnie od strony zawodowej, niejako od podszewki. Jestem lekarzem, pracuję w  POZ i na co dzień muszę rozwiązywać pojawiające się problemy. A epidemia wywróciła wszystko, całkowicie zmieniając organizację pracy i wywołując lęk. Przykład?

Kilka dni temu do poradni przyszedł pacjent. Oczywiście zgodnie z procedurą najpierw odbyła się teleporada i została dokonana ocena pod kątem zagrożenia zarażeniem koronawirusowym. Ponieważ na czas epidemii inne choroby wcale nie zawiesiły swojej działalności, konieczne było, abym pacjenta jednak zobaczyła na oczy i zbadała, z zachowaniem przyjętych środków ostrożności: fartuch, maseczka, rękawiczki itd.

A więc pacjent przyszedł, usiadł na krześle, w pewnym oddaleniu od biurka, i zaczął przedstawiać swoje dolegliwości. W pewnym momencie jednak zamilkł. Już miałam zadać pytanie, gdy pacjent mnie uprzedził.

– Boi się pani? – zapytał, patrząc mi prosto w oczy.

Zawahałam się, co odpowiedzieć – przyznać rację, czy zbagatelizować, udając chojraka?

– Tak, boję się – odparłam ze spokojem.

– Ja też – powiedział pacjent i uśmiechnął się niepewenie.

I już odruchowo chciałam podejść do niego i chwycić go za rękę, jak to często do tej pory czyniłam, gdy widziałam u chorego lęk i chciałam jakoś pocieszyć. A jednak tego nie zrobiłam. Procedury – pomyślałam.

Potem wizyta potoczyła się już szybko. Wydałam zalecenia, pacjent poszedł. A ja po powrocie do domu zastanawiałam się, czy dobrze zrobiłam, przyznając się do obaw. Bo czyż wypada, aby lekarz się bał?

I zaczęłam zadawać sobie pytanie, czego w zasadzie się obawiam. Że zachoruję? Albo że zachoruje ktoś mi bliski i choroba będzie miała ciężki przebieg? Że nie będę wiedziała, co zrobić w jakiejś trudnej sytuacji z pacjentem albo – nie daj Boże – popełnię jakiś błąd?

Tak, to są moje obawy. I sądzę, że są one udziałem wielu.

Ale to nie wszystko. Bo to, czego się najbardziej boję, to izolacji, jaka może wiązać się z tą chorobą, oraz towarzyszącego jej poczucia osamotnienia.

Niezwykle poruszyły mnie doniesienia z Italii o samotnym chorowaniu ludzi starych i ich samotnym umieraniu. Nie dlatego, że nie mają bliskich, ale że ci bliscy nie mogą… no właśnie, nie mogą ich nawet potrzymać za rękę, by dodać otuchy, by po prostu z nimi być.

Być z kimś – jakie to ważne. Być blisko – jakie to ważne. Doświadczać czyjegoś oddechu, dotyku, czyjejś realnej obecności – jakie to bywa niedoceniane.

Dziś, fizycznie oddaleni, może bardziej docenimy tę bliskość, która jest naszą jakże ludzką potrzebą, a którą teraz musimy poświęcić na rzecz bezpieczeństwa.

Może to jest jedna z lekcji, jaką ja, ty, my mamy z tej epidemii wynieść? Może to są nasze wyjątkowe Wielkopostne rekolekcje?

Móc być blisko…

Jakie to teraz bywa odległe…

________________

Tak, wiem, obiecałam w poście pt. Koronawirus z Wuhan dopiero zaczyna zaskakiwać, że napiszę coś więcej o wirusie. Przyznam, że jakoś nie mogłam się z tym zebrać i na kwestiach medycznych wystarczająco skupić, tym bardziej że sytuacja jest tak dynamiczna, a obawy wśród ludzie tak duże, że nie chcę epatować kazuistycznymi doniesieniami. Teraz trzeba ważyć każde słowo, by nie siać niepokoju. Ale od tematu się jednak nie ucieknie. Więc proszę Was o jeszcze chwilę cierpliwości 🙂

Dodaj komentarz

avatar
  Subskrypcja  
Powiadom o