“Warkocz”, odc. 3 (ostatni)

I kolejna sobota nadeszła, a nawet już się kończy – eh, jak ten czas szybko leci! Niczym pośpieszne pociągi. Mam jednak nadzieję, że znajdziecie teraz chwilę, by dokończyć “Warkocz”. Dziś odcinek trzeci i już – niestety – ostatni. 

Dziś rozstrzygną się losy głównej bohaterki, Basi. Jeśli nie czytałeś poprzednich części opowiadania “Warkocz”, to zanim zaczniesz czytać tę, sięgnij po cz. 1cz. 2.

Jeśli czytałeś, to zastanów się chwilę. Jak myślisz, jaką drogę wybierze Basia? Na jaki zdecyduje się krok? Ku czemu pójdzie?

____

Warkocz cz. 3

Tym razem łoskot żeliwnych kół nie był tak powolny w zbliżaniu się, jak przy towarowym. Z każdym ułamkiem sekundy drażnił coraz bardziej i bardziej, aż swym rytmem wprawił Basię w drżenie – od samych pięt. A potem wzruszył jej zziębnięte kolana, by wreszcie niczym deszcz werbli wypełnić jej puste i zimne podbrzusze. Pociąg nieubłaganie zbliżał się do peronu.

I nagle stało się. Piersi Basi wypełniła fala, jak po wypiciu wrzącej czekolady. Gdy uniosła powieki, tuż przed sobą zobaczyła dwa wschodzące słońca. Patrzyła w nie prosto, jak w źrenice oczu kochanka. Choć raziło ją ich światło, jej oczy pozostały szeroko otwarte, tak szeroko, że rzęsy nawiązały intymny kontakt z brwiami. Nie było odwrotu. Usta pełne zatrzymanego oddechu połykały już dwie ogniste kule.

Basia jeszcze tylko rozpięła płaszcz i jak ćma rzuciła się w stronę pędzących ku niej świateł pociągu. Włosy ruszyły ścigać się z nimi, a może chciały tylko uciec? Na próżno.

Pociąg wjechał na stację, wydając z siebie skowyt zaskoczenia. Jakże to! Przecież to niezgodne z żadnym szanującym się rozkładem jazdy, planem, harmonogramem.

Pociągi nie powinny rzucać się w wątłe ramiona dziewczyn, wtulać się w ich płomienne włosy, szukać schronienia w ich pustych brzuchach, poddawać się pieszczotom ich dłoni. Pociągi nie mają przecież w sobie tyle delikatności, by nie zranić, nie zostawić śladów, nie posiniaczyć. I są takie zimne, takie twarde, takie żelazne i przelatują. Tak samo jak mężczyźni.

*

Zdążyłam, już nie muszę czekać – wyrwało się myślom Basi w ostatnim, ciepłym tchnieniu. W jego powiewie skropliło się nawet kilka płatków śniegu, by zaraz jednak zamienić się w ziarna lodu.

*

Przedwczorajszy facet obudził się nagle z oparów alkoholu i zaczął krzyczeć:

– Ludzie! Ludzie! Gdzie jest ta dziewczyna, ta, co tu stała, wiecie, ta w tym, no, płaszczu, no… i chyba, no, w sukience? Gdzie ta dziewczyna?!

– Jaka dziewczyna? Aaaa, była tu, czekała chyba na kogoś, właśnie… gdzie ona? – zawtórował mu młody, już bez wzwodu, obkurczony cały, drżący.

– Chyba wsiadła do tego pociągu – odezwał się stary. – Ale jakoś tak… szybko, no… nie wiem, jak, bo pociąg się jeszcze nie zatrzymał na stacji, więc, jak ona wsiadła? – pytał zdziwiony.

– Nareszcie znalazłam ten głupi bilet! – wykrzyknęła ni stąd, ni zowąd kobieta w futrzanej czapce.

I nagle wszyscy spojrzeli po sobie i ruszyli w kierunku światła.

Szli wolno, jak pielgrzymi po wielu dniach trudów, jak skazańcy pewni swojego końca, krok za krokiem, noga za nogą, zmuszeni jakąś ciekawością, oszołomieni niedowierzaniem.

Szli, zostawiając na śniegu ślady butów, ale wgłębienia szybko wypełniały się opadającym już ze zmęczenia lodowym konfetti. Bóg wciąż był zajęty przygotowaniem do wielkiego finału karnawału.

Gdy doszli do czoła pociągu, zobaczyli, że na torach, w samym środku zimy zakwitła łąka. Rumianki rozsypały swoje złociste oczy otoczone rzęsami śnieżnych płatków, chabry grały w kolory z atramentem, były lepsze od kleksów na bibule. Wykłosiły się trawy czerwcową zielenią. Tylko maków było jakby więcej i jakby wyszły poza kwietne granice nocnej koszuli. I zakwitły soczyście na hałdach torowiska, wprost na śniegu, gdzieniegdzie do róż pąsowych bardziej podobne, ciemnoczerwone, krwiste.

Nastała cisza. Nawet wiatr, o tej porze wyjątkowy dokuczliwiec wciskający się ze świstem w każdą szparę, przejmująco zamilkł.

Kobieta w futrzanej czapce stanęła na brzegu peronu nieruchomo, jak przyszpilona ćma zadziwiona, że wpadła w siatkę namiętnego zbieracza. Stała i patrzyła na rozrzucone dokoła części ciała – były zbyt odlegle od siebie, by tworzyć żywą całość. Dostrzegła tylko rozsunięte, aż do nieprzyzwoitości nogi i zbyt płaski brzuch.

I gdy tak stała, cała w zdziwieniu, tylko jej rozbiegane oczy natrętnie omiatały bladość skóry leżącego ciała i pojawiające się tam, gdzie natura tego nie przewiduje, wypukłości i zagłębienia. Z każdym ruchem oczu niepokój w kobiecie narastał coraz bardziej. To jednak jeszcze nie to, jeszcze o coś innego chodzi, to nie wszystko, to jeszcze nie to – powtarzała w myślach wciąż to samo zdanie, jak mantrę.

Aż krzyk zapętlił się jej w gardle i zdołała zaledwie wydusić:

– Boże, ta dziewczyna przecież nie ma twarzy…

*

Pociąg wjechał na dworzec zgodnie z planem o osiemnastej trzydzieści pięć. Zawsze młoda już Basia, lekko, eterycznie, wsiadła do najbliższego wagonu. Było w nim ciepło, więc nie musiała się martwić, że jest tylko w letniej sukience. Powitały ją uśmiechnięte twarze, jakiś całkiem miły mężczyzna wskazał miejsce tuż przy oknie.

Spojrzała na peron przez zmatowioną od mrozu szybę. Jacyś ludzie szli wolno, krok za krokiem, noga za nogą, w stronę światła, jak te ćmy. Tak, pamięta ich, czekali razem z nią na tym peronie. Podobała jej się nawet ta futrzana czapka na głowie młodej kobiety, w której wyglądała prawie jak królowa w koronie.

Basia odetchnęła już bez bólu. Poprawiła płomienne włosy, zaplatając je z powrotem w warkocz, i w alabastrowe dłonie wzięła bukiet pełen maków i pąsowych róż. Na sukience kwitły rumianki i chabry, bawiąc się w chowanego z wysokimi trawami.

Jeszcze raz spojrzała na peron, taki cichy do niedawna, teraz był ogarnięty bezładną bieganiną ludzi w białych fartuchach, w niebieskich mundurach, z noszami.

Basia uśmiechnęła się i ze spokojem oczekiwała następnego przystanku. Wiedziała, że już wkrótce nie będzie sama.

____

Opowiadanie “Warkocz” pochodzi ze zbioru “Chimera”. Więcej o “Chimerze” możesz przeczytać tutaj: “Moje książki“.

 

Dodaj komentarz

avatar
  Subskrypcja  
Powiadom o